YOUNGTIMER

Pozycja jak na taborecie, wiotkie zawieszenie i delikatnie mówiąc słabe postrzeganie społeczne. Tak było do niedawna. Teraz wszystko się zmienia wprost proporcjonalnie do rosnących cen za egzemplarze zachowane w oryginale.

 

MZ ETZ 250 narodziła się w 1981 by zastąpić renomowaną, choć już nienowoczesną TS 250. Początkowo bez obrotomierza i z bębnowym hamulcem przednim nie oszałamiała. Jednak do połowy lat osiemdziesiątych fabryka uzupełniła braki. ETZ 250 stała się marzeniem chłopców w całym bloku wschodnim aż do upadku komunizmu.

 

 

ETZ to skrót od Einzylinder Telegabel Zentralkastenrahmen oznaczający: jednocylindrowy z teleskopowym zawieszeniem i grzbietową ramą skrzynkową (sic).

Niemcy mają swoisty, nieco teutoński talent do nazw. Pod kryptonimem ETZ mogła równie dobrze kryć się rakieta balistyczna. Nie jestem pewien, ale biorąc pod uwagę, że MZ służyła w armii DDR, mogła tak jak inne bombowce i okręty podwodne zza żelaznej kurtyny dorobić się kodu NATO.

 

MZ 250 Była największą z enerdowskich maszyn. Szczyciła się nie lada osiągami. Jej 21 koni mechanicznych do 151 kilogramów to dobry stosunek mocy do masy jak na tamte, a nawet obecne czasy. Przyzwoicie serwisowana była zdolna bezawaryjnie przejechać około czterdziestu tysięcy kilometrów. Później należało zajrzeć do układu korbowo-tłokowego.

ETZ 250 była produkowana do roku 1989. Rok wcześniej do oferty wszedł następca czyli ETZ 251. Dziwny pomysł. Połączenie ramy do MZ ETZ 150 z silnikiem 250. Osiągi się poprawiły ale motocykl stracił klasyczny wygląd i gabaryty  zapewniające niezłe możliwości turystyczne. Na 251 jest po prostu ciężej się spakować i znaleźć miejsce w długiej trasie.

 

Osiągi, niskie zużycie paliwa, kosmicznie prosty serwis. To wszystko, plus dobre wykonanie sprawiło, że plakat z wizerunkiem MZ wisiał w wielu PRL-owskich mieszkaniach obok Limahla.

Był też element niedostępności. Wybrańcy żeby wejść w jej posiadanie musieli poza odłożeniem gotówki chwycić za telefony, ruszyć niekiedy w Polskę i stanąć w kolejkach pod Polmozbytem. Nagrodą było usłyszeć odgłos dwusuwowego silnika. Potem mogli zadać szyku przed kolegami. Miękkie zawieszenie i specyficzna pozycja za sterem nie stanowiła problemu.

Wszystko zmieniło się po upadku muru berlińskiego i otwarcia żelaznej kurtyny. Dostęp do pojazdów japońskich spowodował, że nieco przestarzała i filigranowa MZ nie mogła konkurować. Motocyklowy świat zapomniał o motocyklu marzeń. MZ odeszły do lamusa.

 

Szczęśliwie ludzie już ochłonęli, a stosunek do Made in DDR się zmienia. Dobrze, że mogłem w tym uczestniczyć. Teraz jest taką samą legendą jak filmy ORWO, Trabant i bajka o Piaskowym Dziadku. Daje frajdę z jazdy prawdziwie użytkowym klasykiem. Stanowi ponadto DDR story w najbardziej godnej wersji. Zadbana potrafi się wspaniale odwdzięczyć. Kilka tysięcy kilometrów bez żadnej awarii wielu może zadziwić, ale to fakty. Problemem MZ u schyłku ich popularności był praktycznie całkowity brak regularnego serwisu i prowincjonalni motocykliści. Te dwa czynniki prawie całkowicie wytrzebiły MZ.

 

 

Mazurek

 

 

Zdjęcia: Michał Mazurek

 

 

Tu jest o książce, w której sporą część zajmuje opis mojego udziału w rajdzie Złombol na powyższej MZ

 

KSIĄŻKA O JECHANIU

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz