WYŚCIGI

Mamy za sobą kolejną rundę wyścigu Tour de France. Największego z wielkich kolarskich zmagań. Jak zwykle po imprezie tej rangi, zwłaszcza z udziałem Polaków przez nasz kraj przechodzi fala opinii różnej maści „ekspertów”.

 

 

Zgodnie z działaniem efektu Krugera-Dunninga, najwięcej wypowiadają się osoby nie mające pojęcia o kolarstwie. Ponieważ ja również nie mam o tej dyscyplinie żadnej wiedzy, a mój rower to holenderski Batavus z roku 1965 czuję się, podobnie jak większość obywateli w obowiązku skomentować tę imprezę. W moim felietonie nie zajmę się jednak udziałem w zawodach znanego rodaka, a całokształtem dyscypliny sportu jakim jest kolarstwo szosowe.

 

Od kilku lat staram się raz na jakiś czas przemierzać Alpejskie przełęcze na motocyklu. Jak się zapewne orientujesz, Alpy to miejsce rozgrywania jednych z najbardziej spektakularnych etapów takich wyścigów jak wspomniany tur francuski, czy włoski Giro d’Italia.

Uważam, że wjeżdżając w te góry doznaje się motocyklowej nirwany i mało jest na świecie rzeczy mogących konkurować z tym rodzajem aktywności. Już wiesz, że skoro mam rower i jeżdżę na motocyklu po górach, gdzie ścigają się kolarze mogę spokojnie wypowiadać się jako ekspert.

W sezonie letnim na alpejskich przełęczach roi się od motocyklistów i rowerzystów. Zawsze, kiedy wyprzedzam kolarza na podjeździe patrzę na niego z szacunkiem. Podjazd, który na motocyklu zabiera kilkanaście lub kilkadziesiąt minut oni mogą robić i pół dnia, a nie są to niedzielni kolarze. Kiedy Ty na dwójce lub trójce pykasz sobie pod górkę rozkoszując się panoramą gór, on posuwa się do przodu w tempie piechura na najniższych przełożeniach i wręcz dyma na pedałach jak jakiś heros. To jest coś niesamowitego i  trzeba pamiętać, że to właśnie kolarskie zawody przyniosły chwałę takim przełęczom jak Stelvio lub w innym przypadku czarny PR jak jest w przypadku Mont Ventoux. To właśnie tam w roku 1967 brytyjski kolarz Tom Simpson wyzionął ducha. Okazało się, że ambitny mistrz był pod wpływem mieszanki amfetaminy i alkoholu.

No i tu dochodzimy prawie do sedna. Doping w tym sporcie to sprawa chyba tak popularna jak powodzenie rowerów miejskich w moim mieście i jednocześnie tak przykra jak porównanie telewizyjnych dzienników na dwóch różnych kanałach.

To przykre zjawisko odejmuje bardzo dużo zasłużonego splendoru szosowemu kolarstwu. Ale spokojnie, ja mam pomysł jak tę sprawę rozwiązać. Otóż warto wprowadzić jedną zmianę w wyposażeniu rowerów. Zmiana ta przełoży się na podniesienie atrakcyjności rywalizacji oraz automatycznie zredukuje niemal do zera zjawisko dopingu.

Ta zmiana to zastosowanie spalinowych silniczków rowerowych. Tak, takich doczepnych jak niegdyś enerdowski MAW czy nasze, krajowe GNOM oraz znane i oferowane obecnie na masową skalę w Internecie współczesne produkty z Chin. Rodzaj silnika, pojemność skokowa, przeniesienie napędu, pojemność zbiorniczka na paliwo to oczywiście sprawy dla federacji UCI (Union Cycliste Internationale). Ważne, że napędy muszą być odpowiednio zunifikowane jak w każdej dyscyplinie motorsportu i co istotne, żeby stanowiły jedynie wsparcie rowerzysty, a nie napęd główny.

Teraz wyobraź sobie podjazd pod wysoką przełęcz w Alpach podczas wyścigu. Ty niósłbyś już swój rower i powłóczył nogami. Oni jadą jak po płaskim – ramię w ramię. I nagle, ktoś na tym morderczym podjeździe postanawia uciec peletonowi. Załącza silniczek. W mgnieniu oka dostaje potrzebnego przyspieszenia i ulgę dla spracowanych nóg. Rywale natomiast dostają chmurę gryzącego, słodkawego dymu z dwusuwu prosto w spragnione tlenu płuca. Jeden sięgną po cenną siłę, reszta dusi się i być może żałuje, że to nie oni uruchomili swoje silniki, lub wręcz przeciwnie, uruchomili je wcześniej i nie mają już cennej porcji benzyny. Mogli też to przewidzieć i nieco się rozproszyć. Nie przewidzieli, ich strata.

Zbiornik paliwa przy rowerze miałby pojemność może jednego litra. Tu nie ma miejsca na nonszalancję. Decyzja kiedy uruchomić motor może być kluczowa dla zwycięstwa na etapie lub nawet w całych zawodach. Zbiorniczki są zaplombowane i wszelkie manipulacje karane dyskwalifikacją.

Reasumując jako ekspert kolarski zgłaszam moją propozycję jako rozwiązanie kwestii dopingu i podniesienie atrakcyjności zawodów.

Mając bowiem w jednym wydarzeniu połączenie kolarstwa z F1 moglibyśmy kibicować podwójnie. Po Mundialu 2018 potrzebujemy przecież nowych bohaterów.

 

 

 

Mazurek

 

Zdjęcie: Michał Mazurek