WEGETARIAŃSKI TATAR I LATTE RACERY

W sobotnie przedpołudnie siedziałem przed komputerem ogarniając prezentację na temat nowego samochodu segmentu C. W tle moja Córka, samotnie rozrabiała za pomocą klocków Lego Duplo i gumowych figurek Świnki Pepy. Tymczasem moja Żona z kubkiem herbaty spoglądała z kanapy na popularny program kulinarny, emitowany przez jeszcze bardziej popularną telewizję.

 

Nie zwracałem specjalnie uwagi na ten domowy standard, aż do momentu, kiedy w owym programie nie zapowiedziano zadania dotyczącego konkursowego dania. Mistrzowie kuchni mieli skomponować tatara. Zareagowałem, bo go lubię, ale po chwili dowiedziałem się, że tatar ma być wegetariański. Szkoda mi się zrobiło ekipy i pracowałem dalej, ale już zwracałem, co pewien czas uwagę na to, co dzieje się w ekranie telewizora.

 

Ciekawiej zaczęło się robić od momentu, kiedy jeden z uczestników skomentował, czego musiał się podjąć. Uznał, że tatar powinien być z siekanego mięsa i żaden warzywny ersatz tego układu nie zastąpi. Powiedział, że mogą go nawet wywalić z programu. Po chwili pokazano jak podał jurorom rozklapcianą paprykę, jako – wegetariańskiego tatara.

Szast prast, wywalili za jednym zamachem aż trzech kucharzy. Wyemancypowani jurorzy pletli przy tym o nikłych umiejętnościach i braku kreatywności. Fakt, chłopaki nie mieli pojęcia jak rozwiązać zadanie i partaczyli je przygotowując coś na kształt sałatek warzywnych. Ale nie to mnie zajęło. Program o tatarze bez mięsa nasunął mi pewne skojarzenie z motocyklami.

Zsolidaryzowałem się z największym oportunistą warzywnego tatara, bo nie lubię dorabiać ideologii tam gdzie nie ma takiej potrzeby. Lubię za to tatara. Prawdziwego, siekanego, podanego w dobrej restauracji lub w zwykłej mordowni, wszak nie o entourage tu chodzi, a o materiał i umiejętności.

Co więcej, lubię również kuchnię wegańską i wegetariańską. Można w niej odnaleźć istne cuda. Mam znajomych wegetarian i wegan. Niektórzy naprawdę potrafią przy garnkach zadziwić.

 

Ale tatar wegetariański jest dla mnie jak miejski cafe racer o pojemności 125cm³ – bez sensu. Mając ostatnio okoliczność porozmawiać z uczestnikami Wyścigowego Motocyklowego Pucharu Polski Classic, nauczyłem się operować ich określeniem, latte racer. Termin ten dotyczy miejskich parodii sportowych klasyków sprzed lat. Parodii, ponieważ ani z historią, ani ze sportem nie mają one nic wspólnego. Ich baza to substytuty o małych pojemnościach lub nadgryzione zębem czasu i oszczędnościami właściciela potworki. Do tego zazwyczaj uzupełnione akcesoriami ze sklepów budowlanych i chińskich portali handlowych. Nieudolna parodia brytyjskich i włoskich kowadeł do ścigania.

Cafe racery były maszynami bez kompromisów. Najmocniejsze silniki parowano z najsztywniejszymi podwoziami. Poprawiano hamulce i odciążano nadwozie. Te motocykle były mocne, brutalne, a do ich prowadzenia i ścigania się potrzebne było doświadczenie. Dziś jeździ się tymi maszynami w podobny sposób jak dawniej, ale na torach podczas wyścigów klasyków, a na taki tor nie wjadą żadne dziwolągi. Tam zgodność z epoką jest najważniejsza. To może boleć, ale obecnie na ulicach, mentalnym odpowiednikiem rockersa z przedmieść Londynu lat 60, jest typ opóźniony rozwojowo, jadący przez całe miasto na tylnym kole Yamahą R1.

Odrodzenie malowniczej ekipy spotykanej przed dekadami pod Ace Cafe, dziś spotkasz w popularnych miejscach dużych miast. Tak, to ci w kolorowych kombinezonach przegazowujący do odcięcia zapłonu swe sportowe sprzęty przed przejściem dla pieszych. Jestem już stary i nie lubię tego.

Lubię natomiast współczesne sportowe motocykle na torach, a już najbardziej są mi bliskie te klasyczne i zabytkowe. Bez kompromisów i oszczędności, na pewno nie jako sposób na tanie jeżdżenie. Bardzo cenię również motocykle neotradycyjne. Takie współczesne, dobrze zaprojektowane lub przerobione dania wegetariańskie. Czyste, gładkie i ergonomiczne. Customy wykonane przez profesjonalistów też mi bardzo smakują.

Ale u wszystkich wymienionych nie chcę widzieć drogi na skróty. Nie lubię motocykli z Chin stylizowanych na brytyjskie i włoskie klasyki, nie znoszę taniego osprzętu. Tak samo nie mogę patrzeć w restauracyjnym menu na wegetariańskie tatary.

Czy chodzi o jakiś snobizm czy pretensjonalizm? Nie, chodzi mi o natarczywe dorabianie ideologii i modę. Tani motocykl to tani motocykl, siekanka z warzyw lub łososia to dalej siekanka. Cafe Racer to poważna maszyna, a tatar jest z mięsa. Smacznego.

 

Mazurek

 

Zdjęcia: Michał Mazurek