#WAGABONDLIFE

Trasę zaplanowaliśmy jeszcze w zeszłym roku. Mieliśmy ją pokonać tak jak wcześniej, na Harleyach.

Jednak wszystko się zmieniło kiedy namierzyłem stare, ale świetnie zachowane BMW i zapragnąłem dokonać eksperymentu na sobie i na nim.  W jakimś nieracjonalnym przypływie optymizmu zdecydowałem się pojechać na wiekowym R45. Zupełnie tak jakbym nie wiedział, że to głupi pomysł. Do tego, mając w garażu kilkakrotnie mocniejszą maszynę postawiłem pojechać w Alpy na najsłabszym i najwolniejszym modelu BMW z przełomu lat 70/80.

 

 

Mój Towarzysz – Paweł też chciał się umęczyć na swoim BMW K75, więc koncept od razu mu podpasował.

Żeby nie było zbyt łatwo, na eskapadę przeznaczyliśmy jedynie tydzień, ale za to trasę ułożyliśmy co najmniej o połowę zbyt długą. Przyszło mi do głowy zobaczyć tym razem Alpy szwajcarskie i żeby tego było mało – francuskie.

To nie mogło się udać ale jak to zwykle bywa z podobnie szalonymi pomysłami, udało się niemal w stu procentach.

Przejechaliśmy 3800 kilometrów zaglądając w góry Szwajcarii, Włoch, Francji i Austrii. Zwiedziliśmy sporo tras kultowych i tych zupełnie nieznanych. Wjechaliśmy na Col de l’Iseran – najwyższą asfaltową przełęcz Europy. Jechaliśmy codziennie przez osiem dni.

Naturalnie, nie wszystkie z zaplanowanych destynacji udało się odwiedzić. Trasę musieliśmy nieco wyprostować i wykreślić część z kółek postawionych długopisem na mapie Alp.

 

 

Od lat nie sprawia mi problemu jazda przez cały dzień. Kilkanaście godzin w siodle, kiedy perspektywa celu jest fascynująca jest dla mnie całkowicie do zaakceptowania. Problem pojawia się natomiast wtedy, kiedy średnia prędkość jazdy odbiega nawet od przeciętnej dla autobusów PKS relacji Kętrzyn – Węgorzewo.

Plan na dzień pierwszy zakładał przejazd ponad tysiąca kilometrów z Warszawy do Monachium. Monotonne, ale do zrobienia. Zrobiliśmy to rok wcześniej, a Harleye szły jak złe. Tym razem było jednak inaczej.

Założyłem sobie, że BMW R45 po wymianie dyfra na szybszy, pozwoli mi jechać constans z prędkością 110km/h. Myliłem się. Tego dnia temperatura nad asfaltem przekraczała czterdzieści stopni. Olej zamienił się w ciecz o konsystencji wody. Po kilku godzinach ciągłej jazdy autostradą, za Wrocławiem zauważyłem zapocenie silnika i krople pomiędzy silnikiem, a skrzynią biegów, wskazujące na wypychanie oliwy przez tylny uszczelniacz wału korbowego. Trzeba było coś wykombinować, aby BMW nie padło do wieczora. Paweł wspominał o skróceniu trasy, ale udawałem, że go nie słyszę. Ja przecież już byłem jedną nogą, przepraszam, jednym kołem na francuskich przełęczach.

 

 

Poszliśmy na kompromis. Jedziemy dalej jak twardziele mimo ryzyka udaru słonecznego z tym, że ścinamy trasę przez Czechy gdzie pojedziemy wolniej i zwykłymi szosami, a co najważniejsze dla mojego motocykla ograniczymy prędkość maksymalną do 105km/h. W praktyce oznaczało to jazdę 90-100.

I udało się. Od tej chwili mogliśmy podziwiać jeszcze uważniej mijane okoliczności przyrody, a maszyna zaczęła pracować w bezpiecznych prędkościach obrotowych i bardziej akceptowalnych temperaturach.

Rzecz jasna Monachium osiągnęliśmy. Przed zmrokiem, po jedenastu godzinach na motocyklach, nie licząc postojów, zaparkowaliśmy na parkingu motelu przed miastem.

To był jeden z dwóch noclegów pod dachem. Resztę nocy spędzaliśmy w namiocie.

Traktowane z umiarem staruchy spisały się wzorowo. Awarii nie było, jeśli nie liczyć zablokowania korka paliwa w R45 na stacji benzynowej we Włoszech. Pomogło udostępnione przez miłą obsługę WD40 oraz wyszukana przez Pawła w Internecie wiedza, że po solidnym podlaniu penetratora, taki korek należy przy odkręcaniu ciągnąć do góry.

 

 

Od drugiego dnia zaczęło się to co lubimy najbardziej czyli góry. Najpierw Szwajcaria, potem Włochy, a później Francja z jej najwyższą utwardzoną przełęczą.

Zresztą Szwajcaria wcale nie chciała nas łatwo wypuścić. Kiedy już chcieliśmy z niej uciec i kierowaliśmy się wieczorem ku przejściu do Italii, musieliśmy z podkulonym ogonem zawrócić.

Powodem było osunięcie się drogi na skutek ulewy. Trochę to ofuknęliśmy, ale kiedy rankiem pokonywaliśmy tę drogę już po jej otwarciu i zobaczyliśmy, że trasę zdewastowały kamyki wielkości samochodów, trochę nam zmiękła rurka. Cóż, kolejny dowód na to, że w górach trzeba być elastycznym. Nawet w tych popularnych, kojarzonych z uporządkowanym ogródkiem.

 

 

A wracając do motocykli i braku sensu jazdy w Alpy słabym klasykiem, wszystko zmieniło się wraz z wjazdem w terytoria garbate. Górskie serpentyny i tereny zabudowane wsi i miasteczek wymusiły prędkości oscylujące wokół pięćdziesiątki. W tym zakresie klasyki czują się świetnie, a ja mogłem napawać się mruczeniem niemieckiego boksera.

Każdy dzień był świetny. Nastroje się zmieniały, kondycja wariowała, pogoda dawała się we znaki, ale wciąż było to boskie szwendanie, za którym przepadam.

 

 

Do domu wróciłem wyższy o kilka centymetrów. Coś mnie rozpierało od środka i to coś to euforia i duma, która bierze się z tego, że każdy kilometr przejechany starym i własnoręcznie przygotowanym motocyklem smakuje podwójnie.

To takie motocyklowe oczyszczanie, które warto stosować nawet wtedy, kiedy użeranie się ze starą materią zostawiłeś za sobą wiele lat temu.

Robię to coraz częściej i polecam, bo smakuje wybornie – oczywiście kiedy już skończysz kląć na kapiący olej, stojąc spocony przy drodze.

 

 

Ogólnie, trzydziestoczteroletnie BMW, choć niezbyt szybkie, dało radę, a ja mogę jedynie narzekać, że nie byłem w stanie przeznaczyć na ten wyjazd więcej czasu.

BMW R45 z dyfrem od R80 spisało się świetnie. Akceptując po pewnym czasie konieczne skróty autostradowe z prędkością 105km/h niewiele maszynie brakowało. Najbardziej dotkliwy z punktu widzenia gór był brak kilku koni przy wychodzeniu z najciaśniejszych, prawych agrafek do góry. Atakując je na dwójce BMW szło opornie, a jedynka nie dawała mi odpowiedniej prędkości wejścia w taki winkiel.

Po powrocie rozważałem przeprowadzanie prac przy silniku BMW celem dodania mu kilku koni mechanicznych. Na szczęście mi przeszło. Nie mam na razie równie szalonego pomysłu na eskapadę tym motocyklem.

 

Za to teraz często rozmawiam z Pawłem o wycieczce za Murmańsk. Paweł ma nawet idealny sprzęt do tego, ale ja próbuję go przekonać byśmy pojechali na Vespach PX.

 

 

 

Mazurek

 

Zdjęcia i film: Michał Mazurek