TE OKROPNE LATA 90

Liczyłem na odrobinę złotej polskiej jesieni, ale się rozczarowałem. Zamiast zachwytu przyszedł deszcz i mrok. Pomyślałem, że skoro tak, to pójdę w tym kierunku. W stronę brzydoty. A wie nawet miłośnik Fiata Multipla, że najbrzydszy jesienią jest pojazd z lat 90.

 

Połacie szarego plastiku ciągnące się kilometrami jak garbata Suwalszczyzna, obłe zadaszenia desek rozdzielczych, plastikowe drewno, plastikowy chrom, plastikowe kierownice i gałki do zmiany biegów. Wszystkie odcienie szarości i beżu. Żeby to jeszcze były samochody użytkowe, gdzie łatwo plastik zmyć pod ciśnieniem. Nie, to wszystko znajdziesz w osobówkach produkowanych pod koniec XX wieku, niezależnie od segmentu.

Ostatnia dziesięciolatka przed milenium nie była całkiem beznadziejna. Runęła w końcu żelazna kurtyna, a Rage Against The Machine nagrali singiel Killing In The Name. Ponadto świat połączył Internet. Laptopy i telefony komórkowe stały się popularne. W samochodach dopracowano wtrysk paliwa oraz zawieszenia. Silnik Diesla w końcu przestał się kojarzyć z traktorem. Niestety, obok tego wszystkiego upadł design – większość aut stała się identyczna i co gorsza – okrągła.

Początek dekady nie wróżył jeszcze dramatu. W ofercie było sporo obłych, ale charakternych wozów typu muskularne Porsche 928, czy nawet kanciastych jak Lancia Delta lub Volvo 240. Był też Chevrolet Caprice, kultowy zwłaszcza w wersji policyjnej i jego amerykańscy konkurenci, noszący jeszcze delikatne znamiona monumentalnych pomników motoryzacji z V8 pod maską.

 

Naprawdę słabo robi się dopiero w okolicach roku 1995. Wtedy przykładowo Saab traci swój charakter krokodyla i staje się mydelnicą o kodzie 93. Odtąd będzie już tylko jednym z wielu samochodów, które na parkingu supermarketu znikają w tłumie. Teraz musisz szukać wozu godzinami, bo nie wiesz czy to, co z daleka przypomina Saaba to przypadkiem nie Ford.

Z jednośladami również zrobiło się nieciekawie, choć z nimi i tak styliści obeszli się łagodnie. Co prawda są koszmarnie umieszczone, w obłych owiewkach maleńkie, przednie lampy jak w BMW R1100RT, ale wielkiego dramatu nie ma. W przypadku motocykli można sądzić, że ciężar gatunkowy stylu lat dziewięćdziesiątych wzięła na siebie jedna marka. Stworzyła istny pomnik złego stylu. Mam na myśli Suzuki z modelem GSX 600F, a zwłaszcza jego okularowy lifting z roku 1998. Wcześniej ten dobry bądź, co bądź motocykl był tylko nijaki. Potem jednak stał się tym czymś. „Jajkiem”, tworem, za który koncern Suzuki powinien płacić miastom gigantyczne odszkodowania z tytułu zniszczeń w krajobrazie. Żaden argument nie trafia do mnie na jego obronę. Wiem, że można było go łatwo ogarnąć, wiem o solidnym, chłodzonym olejem i powietrzem silniku. Znam przystępne ceny i słyszałem, że umożliwiał tanie przekroczenie 200km/h. Gdyby motocykl był człowiekiem, ten byłby Boratem w swym kąpielowym stroju.

Och, jak ja czasem marzę o pracy na złomowisku. Gdyby tylko był wakat przy pojazdach z lat 90… Mógłbym nawet pracować, jako wolontariusz. Zgniatarki obsługiwałbym najwydajniej jak to tylko możliwe. Niczym robotnicy w filmie Metropolis 2000.

 

Wiem, że kiedyś nawet Renault Laguna zostanie klasykiem. To jednak do mnie nie przemawia. Z racji coraz większych ilości produkowanych samochodów, jesteśmy odporniejsi na zbyt młode zabytki. Być może, moja Córka jak dorośnie będzie się za nimi oglądać z nostalgią. Możliwe, ale tu jest pewien myk. Nostalgia to nie to samo, co zachwyt. Większość osób wychowujących się w PRL czuje nostalgię na wspomnienie napoju w woreczku. Jednak większość z tej większości wolałaby dziś wylać go do zlewu niż wypić.

Ślepe ulice wzornictwa przemysłowego zapraszają nas z każdej strony. Weźmy pierwszą generację Citroëna Xara Picasso. Ten to już naprawdę fatalnie się zestarzał. Sadzę, że najlepiej by wyglądał na albańskim szrocie. Zwłaszcza stojąc obok swojego brata, pierwszego Citroëna C5. Prawdziwie stylowe wejście w XXI wiek, w wykonaniu koncernu PSA.

Jeżeli jeszcze nie zrobiło Ci się niedobrze to wymieńmy następne: Pierwszy Volkswagen Sharan, Ford Mondeo, Opel Omega, Toyota Avensis, Mazda 121, Mercedes Benz W210 czyli „okular”. Parada straszydeł. Za oceanem podobne spustoszenie. Do połowy lat dziewięćdziesiątych trzymali nawet kant i charakterystyczne rysy. Jednak przed rokiem 2000 puścili się na całego. Wyraźnie nie mieli pomysłu, czym zastąpić ostatnie chromowane listwy i zauważalne krawędzie. Skończyło się na Impala 2000, Saturn S-Series, Oldsmobile Aurora czy Chrysler Sebring.

Paradoksalnie do Fiata Multipla się nie przyczepię. To już nudne i uważam, że w gruncie rzeczy była w porządku. Nie bardzo podoba mi się jej jajowatość, ale szanuję całkowite podporządkowanie tego projektu głównemu celowi – funkcjonalności. Multipla z roku 1997 miała być tym, czym dla Włochów był jej dziwaczny protoplasta zaprezentowany w 1956. Oba są przykładem przerostu treści nad formą. Obydwoma miałem przyjemność pojeździć. Cóż, rozumiem ich istnienie.

 

W świecie marek premium było nieco lepiej. Mercedes bronił się dzielnie. C124 i W124 dobrze znosiły zaokrąglenia, a sportowe modele czy choćby nawet otyłe W140 mają swój obły urok. Można sądzić, że producenci klas wyższych, oferując produkt dla nieco bardziej konserwatywnego klienta, uodpornili się na pełne zaokrąglenie. Wozy, którym pozostawiono długie maski czy dyskretny kant stały się bardziej ponadczasowe.

Porsche 996 produkowane w latach 1997 – 2005, to idealny przykład jak styl wgryzał się przez pierwszą połowę dekady by odpuścić dopiero w kolejnej. Mamy tu przykład nowej inżynierii, gdzie sześciocylindrowy bokser otrzymał chłodzenie cieczą oraz szereg udoskonaleń w napędzie i hamulcach. Niestety, mamy też przednie lampy zespolone z kierunkowskazami, które dorobiły się pogardliwego porównania do jajek sadzonych i to „nowoczesne” wnętrze. Apogeum obłości z doklejonym daszkiem mieszczącym zegary. Szczęśliwie producent wrócił na właściwe tory i 911 otrzymał ponownie szlachetnie uroczy wyraz.

 

Lata 90 to również próby zagrania na tęsknocie za klasyką. Niestety zazwyczaj nieudane. Styliści chyba nie byli gotowi na samochody nostalgiczne. Co prawda niektóre wchodziły na rynek po roku 2000, ale opracowywano je jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Pokraczny Volkswagen New Beetle z roku 1997 razem z Chryslerem PT Cruiser to koszmary na kołach.

Jeżeli myślisz, że dzięki zanikowi rodzimego przemysłu przynajmniej Polacy nie skazili atmosfery czymś urągającym słowu design to się mylisz. I wcale nie mam na myśli modernizacji Poloneza do postaci Caro czy Atu. Żywym trupom z FSO po roku 1980 już nic nie pomagało i niech im ziemia…

To, co zabija swym wyglądem jak Bazyliszek, to zmyślne połączenie samochodu i motocykla w postaci trójkołowca made in Poland. Bosmal Trike 1992 z Bielska to koszmar, który znajdziesz w Internecie, ale uwaga, zrobisz to na własną odpowiedzialność. Przy tym dziwadle na podzespołach Fiata 126p nawet jajowate Suzuki jest eleganckim klasykiem.

Być może, kiedy to czytasz jest Ci przykro, ponieważ jeździsz którymś z tych potworków. Nie martw się, ja też nimi jeździłem. Z konieczności człowiek zje nawet korę, więc nie ma czym się martwić. Pociesz się, że do tego tekstu wybrałem tylko jedno zdjęcie oszczędzając Ci obrzydzenia.

 

Wszystko w przyrodzie dąży do równowagi. Producenci zauważyli, że przełamanie krągłości ostrym jak żyletka kantem było najlepszym wyjściem z sytuacji. Mimo, że na początku nowego tysiąclecia zaczęto powtarzać teorię o rzekomym ograniczeniu stylistów przez regulacje dotyczące bezpieczeństwa oraz działania złych księgowych, coś drgnęło. Wystarczyło poczekać. Nowe samochody stawiane dziś obok siebie coraz trudniej ze sobą pomylić. Marki znowu nadają im charakter i niezależnie, co się komu podoba te auta na nowo się od siebie różną. Ostatnie wcielenia Volvo, i tak odpornego na krągłości niczym galeon Vasa na upływ czasu, mają mnóstwo wdzięku. Nawet Mercedes Klasa A od 2012 roku zerwał z jajowatym konserwatyzmem. Citroën pokazał Cactusem, że zależy mu na awangardowym wizerunku. Natomiast najnowszy Peugeot 3008, zwłaszcza wewnątrz wysoko podniósł konkurentom poprzeczkę. Wszystkie te wozy mają swój styl, a ikony w rodzaju Porsche trwają niewzruszenie definiując nowoczesną klasykę.

 

Szczęśliwie nie muszę dziś jechać do pracy Daewoo Nubirą ubrany w spodnie Pyramide. Nie jestem skazany by mijać stragany typu „szczęka” oferujące pirackie kasety i oglądać na przystankach dziewczyn w workowatych, dekatyzowanych kurtkach. Wreszcie nie muszę oglądać plakatów reklamujących film Jutro nie umiera nigdy gdzie bohater jeździł na motocyklu BMW R1200C, którego projektanci mogliby pracować w bielskim Bosmalu. Lata 90 we wzornictwie na szczęście się skończyły.

 

Mazurek

 

Zdjęcie: Michał Mazurek

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz