SKOK NA FANTY

Ze wszystkich znanych mi wehikułów czasu najbardziej chciałbym wejść w posiadanie tego z komiksu Tytus Romek i Atomek.

Tylko ten mieścił się w kieszeni i dzięki temu gwarantował skryte poruszanie się pomiędzy epokami. Z całym szacunkiem dla najwspanialszej maszyny czasu, czyli DeLoreana DMC-12 z Powrotu do Przyszłości  – „Aparacik” z Tytusa robił znacznie mniej hałasu.

 

Z jakiego powodu chciałbym przenieść się w czasie? Z tego co wszyscy. W przyszłość warto się przenieść z pobudek poznawczych i oczywiście z chęci zysku. W przeszłość z chęci zysku i … no dobrze, poznawczych też. Ja do tego cofania dodaję nutę nostalgii i już łapię za korbkę maszynki, żeby znaleźć się w tym samym miejscu, ale przed laty. Pamiętasz? Jeden obrót korbki, jeden rok.

 

Mając w domu spory zbiór prasy ogłoszeniowej z początku lat dziewięćdziesiątych, wybieram na początek tę epokową destynację. Przygotować się do podróży byłoby łatwo. Ubrany na eskapadę byłbym już po krótkiej wizycie w lumpeksie. Środki płatnicze na wycieczkę też nietrudno zdobyć. Kolekcjonerskiej waluty jest na rynku sporo, a ceny za wymięte „Koperniki”, „Szopeny” czy „Staszice” bardzo przyzwoite.

Znając z dzieciństwa wszelkie krzaki w parkach w mojej okolicy, na start wybieram Ogród Saski. Stamtąd mam blisko na zapiekanki z przyczep Niewiadów ustawionych przy Marszałkowskiej. Najedzony mogę udać się na zakupy. Gazety mam pełne adresów. Budka telefoniczna jest nieopodal, a rozkład jazdy autobusów wisi na przystanku. Zaraz przyjedzie kolejny, przegubowy Ikarus.

Mam tylko jeden dylemat. Który motocykl z ogłoszenia zobaczę jako pierwszy.

Dobrze, po co to wszystko? Ta cała nostalgiczna paplanina? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jestem nieco sentymentalny i lubię przywoływać wspomnienia, a po drugie interesuję się rynkiem klasycznych motocykli i mam to szczęście, że obserwuję go od ponad dwudziestu lat.

 

Zakupy w markach lub dolarach, jedno liche zdjęcie, brak numeru telefonu w ogłoszeniu i kompletnie inna oferta niż dziś. Zaglądając do wiodącego w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych magazynu ogłoszeniowego Dizmar można doznać szoku. Takie maszyny jak Ariel Square Four z 1931roku w jednym numerze z przedwojenną BSA 500. W dodatku BSA nigdy nierestaurowana czeka w garażu na warszawskim Mokotowie za 1200 funtów brytyjskich. Nie wystarczy? Idziemy dalej. Zundapp KS 750 Sahara? A może KS600? Eee, nuda. To jest w każdym numerze. Sahara zawsze trzymała cenę, choć ponad dwukrotnie niższą niż dziś, ale 55 ówczesnych milionów za KS600 na chodzie – brałbym.

 

Masa sprzętu. AWO 425S za 8,5 miliona. Tak, za 850 dzisiejszych złotych, co nawet przy zmianie wartości pieniądza działa na wyobraźnię. Opel 500 rok produkcji 1929 śni mi się po nocach do dziś. Był w komplecie z wózkiem bocznym i na pewno pochodził z Polski. Każdy, kto słyszał o tej maszynie, wie, że to ewenement na skalę światową. Marki jak Motosacoche, Sokół, D-Rad obok siebie do wyboru. Nic tylko liczyć forsę, wrzucić miedzianą dwójkę do automatu i wykręcać numer.

 

 

Ale zaraz, to nie zawsze było takie proste. „Harley WLA – wszystkie części. Zapytania, koperta plus znaczek.”

Tak, w Polsce po transformacji na zabawę w stare motocykle trzeba było mieć bardzo dużo czasu. Niektórym dziś w głowach się nie mieści, że ktoś nie tylko nie miał komórki, ale i telefonu stacjonarnego.

 

 

Można też było popuścić wodze fantazji. Dziś, w dobie customingu w telewizji lub cafe racerów o pojemności 125 cm skręcanych na śruby z dyskontów budowlanych, takich sprzętów jak na lekarstwo.

Może Harley WLA chopper z wystrzałowym springerem? Fajnie, ale mnie uwiódł również Royal Enfield o wyglądzie charakteryzującym świat buntu nie tylko zza żelaznej kurtyny.

Oczywiście wschód też tworzył po swojemu. M72 czy Ural, jakimi nie powstydziłbym się pojechać do Belgii na kolejne Flanders Chopper Basch mogę wybierać mając w portfelu równowartość około trzech do pięciu tysięcy aktualnych złotych. Chopper na bazie silnika z Sokoła 1000 w Warszawie, a w kolejnym numerze podobny w Poznaniu, ale z napędem od Sowieckiego PMZ-A 750. Motocykla niemal unikatowego i cóż – mało ze swej natury mobilnego.

Dla miłośników rodzimego hardcore jest jeszcze Junak V2! Tak, na bloku Junaka 350 osadzono dwa cylindry i powiększono pojemność do 750. Czasy, w których można było wszystko, choć nic nie było. Chopperowych zakupów szał!

 

To wszystko dyktowała podaż starych motocykli. Dziś nie pochwalałbym takiego swobodnego cięcia staroci, ale wtedy, w dobie niedoborów maszyn japońskich nikt się temu nie dziwił. Szkoda, że te unikalne przeróbki gdzieś zniknęły. Po latach same stały się klasykami. I co by nie mówić. Uroku w nich o stokroć więcej niż w wielu przesadnych potworach tworzonych obecnie. Połowa lat dziewięćdziesiątych była końcem ery „zabytkowych” chopperów.

 

 

Wyraźnie widać w tych starych ogłoszeniach lęk o stabilność złotego. To stąd ceny w „walucie”. Fajnego Junaka czy Simsona AWO można było wówczas kupić za „dziesięć baniek”, czyli 10 milionów. To dziś tysiąc złotych, ale trzeba wiedzieć, że przeciętnie zarabiało się około 11 – 20 milionów.

Aż dreszcz przechodzi na wspomnienie bokserów BMW z piwnic, wycenianych na kilka dzisiejszych tysięcy. To oczywiście były okazje. Świadomi posiadanych rarytasów starali się równać do Europy, co nie zmienia faktu, że było w czym wybrać. Mało kto myślał o skoku wartości, który osiągnął w niektórych przypadkach wielokrotność. Wielu kusiło wywiezienie WLA by wrócić z Francji lub z Holandii Sportsterem. Wielu to robiło. Niewielu przypuszczało, że dziś wartości się odwrócą i za jedną WLA trzeba będzie oddać dwa całkiem młode Sporciaki. Oczywiście byli i tacy, co na wywozie robili majątki. Pod moim nosem BMW R 12 przejeżdżały ze wschodu w stronę Europy zachodniej. Moje BMW R20 – rzadkie jak trufla, zabrał facet płacąc trzykrotność tego, co sam za nie zapłaciłem na łódzkim moto bazarze pół roku wcześniej. Nie pytałem, po co mu ten sprzęt. Mogłem się tylko domyślać, że jest jeszcze ktoś, kto i jemu da sporo więcej. Takie czasy.

 

 

Pozostaje problem, gdzie schować zakupy robione podczas wycieczki w przeszłość. Moja piwnica odpada. Jak wpadnie tam ten nieokrzesany długowłosy typ, czyli ja sprzed dwudziestu pięciu lat to nie wiadomo, co zrobi z moją kolekcją silników BMW, MAG, JAP czy Sokół. Pewnie rozprzeda, żeby szybciej kupić Urala choppera, a za resztę tanie wino. Może mu po prostu podrzucę jakiś sprzęt do roboty? Nie, to odpada. Nie mogę zmienić przyszłości tego rockersa erotomana, ponieważ za bardzo zaburzę kontinuum czasoprzestrzenne.

Inaczej rozwiązałbym problem kitrania towaru. Nie muszę przecież znajdować miejsc gdzie przez lata nikt nie zajrzy i graty dotrwają do mojego powrotu w roku 2017. Chyba będzie lepiej, kiedy zwyczajnie wybiorę się częściej na zakupy, zamiast szykować przechowalnię.

Na marginesie strony jednego z magazynów ogłoszeniowych znalazłem dopisek ołówkiem: „Browar z butelki 17 sekund 22 setne”. „Czas wylania do wanny 8 sekund 97 setnych”. No tak, zawody takie mieliśmy. Młody byłem.

 

Mazurek

 

Zdjęcia: Michał Mazurek

 

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz