POTAS

Przede wszystkim Redaktor Naczelny magazynu Świat Motocykli, ale poza tym, człowiek wielu pasji. Miłośnik zabytkowych motocykli i samochodów, felietonista, podróżnik, stolarz-amator oraz… meteorolog.

W skrócie Potas.

 

 

– Co robił Lech Potyński zanim stał się popularnym redaktorem?

 

– Jeździł motocyklami. Na warszawskich Bielanach były garaże. Tam z kolegami dłubaliśmy w motocyklach. Nie powiem, że od razu w czymś konkretnym, najpierw miałem Wueskę, taką jakąś podstawową, która była mym pierwszym jeżdżącym motocyklem, natomiast pierwszym „prawdziwym” motocyklem było NSU 601OSL z przodem od Junaka. Podarował mi go mój stryjeczny brat, kiedy szedł do wojska. Patrząc na niego z perspektywy czasu to był niemal stuprocentowo kompletny i sprawny motocykl, ale ja i tak nie potrafiłem go złożyć. Męczyłem się, składam, robiłem, ale i tak nic z tego nie wyszło.

Potem była właśnie ta wspomniana Wueska, którą znalazłem gdzieś u chłopa pod Piasecznem. Wstyd się przyznać, ale ją przerobiłem tak, by wyglądała na rasowego weterana za pomocą części wyciągniętych ze strychu domu w Grodzisku Mazowieckim. Części z bardzo dawnych czasów po moim ojcu i stryjach. Potrzebne graty, między innymi zbiornik paliwa i kierownicę ściągnąłem ze stojącej tam setki SHLki Villiers i zamontowałem w tej Wuesce. Przerobiłem WSK na Villiersa. Potem to już nawet nie pamiętam czy ją wyrzuciłem na śmietnik czy komuś oddałem. Tak to się wszystko zaczęło.

To nie jest tak, że ja kochałem stare motocykle. Po prostu, kiedy byłem młodym człowiekiem, a było to dość dawno, bo na przełomie lat 70 i 80 nie było żadnych innych motocykli. A w tych garażach gdzie się wtedy spotykaliśmy zwyczajnie nie uważaliśmy dostępnych motocykli dwusuwowych, czeskich, polskich czy enerdowskich za motocykle godne jeżdżenia. W związku z tym, każdy coś tam dłubał. Wówczas, jako najniższą formę motocyklizmu uznawaliśmy ruskie Urale i Emki, ale one były wtedy normalnymi użytkowymi motocyklami. Jak mi opowiadał kiedyś „Gorzki Erwin”, można było w tamtych czasach wziąć od gościa Sokoła 1000 dając mu w rozliczeniu Urala i ten chłop był jeszcze szczęśliwy, że dostał taki fajny motocykl, a głupi zabrał starego grzmota.

 

– W tamtych czasach marzyłeś o motocyklach japońskich czy jednak o weteranach?

 

– Cóż, ja tych motocykli nie traktowałem wtedy, jako weterany tylko normalne motocykle do jeżdżenia. Jak pamiętam, to musiał być rok osiemdziesiąty pierwszy czy drugi. Pewnego dnia pod te nasze garaże podjechali chłopaki Hondami CB750. Jak ja je zobaczyłem to – to się po prostu przewróciłem z wrażenia!

Ale prawda też była taka, że jak chciałeś zmienić olej w tym japońskim motocyklu na jakiś przyzwoity, to cała rodzina musiała się składać żeby w Peweksie te cztery litry kupić. Czyli to tak jak byś mnie zapytał czy wolałbym jeździć Bugatti Veyronem czy Maluchem. Oczywiście wolałbym Bugatti. Ale teraz tak mnie stać na Bugatti jak wtedy na tę Hondę.

 

– Ale ostatecznie zostałeś przy weteranach.

 

– Tak, bo mi to zostało z przyzwyczajenia. Ale ja ich nie traktuję wystawowo, tylko usiłuję na nich jeździć. Zresztą staram się z kolegami z Oldtimer Clubu udowadniać, że one zawsze były i są do jeżdżenia.

Przypomniała mi się taka historyjka, pojechaliśmy na rozpoczęcie sezonu do Puław, czy Kazimierza. I w tym Kazimierzu na rynku, gdzie stało tych naszych motocykli z piętnaście, przemknęła grupa młodzieńców, którzy przyjechali na Hondach Africa Twin. Potem spotkaliśmy się w Nałęczowie gdzie, stanęliśmy w tym samym miejscu. Podeszli, pooglądali i mówią – „Fajne motory, ale my nie moglibyśmy na takich jeździć, bo my musimy szybko.” Taaa, ja sobie myślę, sam mam Afrykę to wiem jak ona spala powyżej stu na godzinę. Jak nie masz kasy to nie jeździsz.

W każdym razie po pewnym czasie wracaliśmy w pięciu do Warszawy i w pewnym momencie zauważyłem przed nami jakąś grupkę. Dodajemy gazu, a to „klub Africa Twin” na tych swoich „szybkich” motocyklach. No to my spięliśmy się udając, że to żadna prędkość i przemknęliśmy obok nich jak przeciąg. Oni tylko głowy odwrócili w las gapiąc się i udając, że nas nie widzą.

Wiesz, jak masz takiego dajmy na to VLa 1200 czy 1300, to masz motocykl, który jest w stanie jechać, w sensie utrzymywać prędkość do 140km/h. Oczywiście on nie hamuje, w zakrętach słabo mu idzie, nie świeci, nie trąbi, ale akurat prędkość jest taką rzeczą, z którą nie ma żadnych kłopotów.

Bolączką tych wszystkich starych motocykli jest brak hamulców. Jak jeżdżę na swoim BMW R51/3 to ono spokojnie jest w stanie osiągnąć 125 i nawet mało pali. Ale jak przyjdzie mi jechać w Warszawie czy gdzie indziej w korkach, gdzie wszyscy depczą w hamulce, to ja tylko szukam miejsca gdzie tu wygospodarować te pięć metrów na wyhamowanie. Ale jeżdżę tym motocyklem gdzie się da i zazwyczaj bez jakiś grzebań się to udaje. Poza tym, chyba większość ludzi, posiadanie takiego zabytkowego motocykla kojarzy z wieczną grzebaniną, a to tak nie jest. Wiem to po tych naszych Indianach i Harleyach.

Rzeczywiście jak ten klub założyliśmy to przez tych pierwszych siedem-osiem lat one się pieprzyły i rozlatywały. Ale potem jak już się taki sprzęt ułożył to sobie klepał, klepał, dziobał, dziobał i nic się nie działo. Wiesz, w tym moim Indianie, to wał przez czterdzieści tysięcy kilometrów obróci się mniej razy niż w jakimś GSXR w pół roku.

A z drugiej strony to z wrodzonego skąpstwa patrzę na nie i myślę, że one wcale nie tanieją, co przy państwowym systemie emerytalnym…

Wiesz, jak będzie dobrze to się zostawi dzieciom, ale jak się coś przytrafi to trzeba się będzie z nimi rozstać. Życie. A zawsze lepiej sprzedać z nędzy zabytkowe pojazdy niż mieszkanie.

 

– Czyli zdemaskowałem Lecha Potyńskiego! Wcale nie lubi zabytkowych motocykli, jeździ nimi, bo je ma i ze skąpstwa nie zamierza nic zmieniać w życiu.

 

– No nieee, ja to bym w swoim życiu dużo pozmieniał, ale niestety nie mam już miejsca w garażu.

 

 

 

– Ok, zmieniamy temat. Najciekawszy motocykl, jakim miałeś możliwość jeździć?

 

– Hmm, na pewno amerykańskie czterocylindrowce z Hendersonem na czele. Ale kiedyś „Gorzki Erwin” dał mi się przejechać sportowym, przedwojennym Rudge Ulsterem. Motocyklem, na które się kiedyś mówiło stumilówka. Chodziło o to, że fabryka gwarantowała przekroczenie prędkości stu mil na godzinę. Wyobrażasz sobie? Bez hamulców z miękką ramą. Wściekła maszyna. Wielka odwaga żeby czymś takim w ogóle jeździć. To byłby chyba ten. Przynajmniej tak to zapamiętałem. Choć koledzy by pewnie powiedzieli, że to raczej Sokół 1000, ale wiesz co? W moim Oldtimer Clubie, wszyscy, którzy mieli Sokoły 1000 przesiedli się na duże Harleye twierdząc, że jednak chodzi o to żeby jeździć a nie wyglądać. Właściwości jezdnych tych motocykli nie da się porównać. Ale mnie się wydaje, że mimo wszystko to Rudge 500 był takim najbardziej spektakularnym motocyklem, z jakim miałem do czynienia.

 

 

– To powiedz mi teraz, kim był Lechu pomiędzy garażami, a Światem Motocykli? Co robiłeś przed pracą w redakcji?

 

Wiesz, to może dziwne, ale ja gdzieś zawsze byłem przy garażach. Już w wieku czterech lat, co doskonale pamiętam spuściłem z podnośnika samochód na ojca i pamiętam, jaką traumę przez to przeżyłem. Ale oczywiście nie całe życie dłubałem. Był moment, kiedy chodziłem do szkoły muzycznej i uczyłem się grać na gitarze klasycznej. Bardzo mi się dobrze grało. Do momentu, kiedy któryś profesor powiedział – „Człowieku, albo dłubiesz w tych swoich gratach albo grasz na gitarze. Gitarzysta nie może mieć potłuczonych młotkiem palców, całych w plastrach.” Miał zresztą rację. Pomyślałem wtedy, że chyba będę na tych motocyklach jeździł. Może jeździł to za dużo powiedziane, będę sobie w nich dłubał.

Potem była Politechnika Warszawska – Inżynieria Sanitarna i Wodna ze specjalizacją Meteorologia Techniczna. Nie przepracowałem w tym zawodzie ani sekundy, bo na studiach poznałem Krzyśka Wydrzyckiego, który przyłączył się do naszych żoliborskich garaży. To było chyba w 1981 roku, a już wtedy pojawił się pomysł żeby stworzyć dobre pismo dla motocyklistów. Po latach i transformacji ustrojowej pojawiło się na horyzoncie wydawnictwo Print Shops Prego. Zrobiliśmy pod przywództwem Erwina Gorczycy dla nich katalog Motocykle Świata. A skoro ten katalog się dobrze sprzedał, przekonaliśmy wydawcę żeby spróbować zrobić miesięcznik. No i dał nam pół roku mówiąc, że jak to wyjdzie na swoje, to robimy dalej, a jak nie to zamykam to bez żalu.

No i okazało się, że bez żadnego wsparcia, bez marketingu poszliśmy do przodu. Od tej pory, czyli od 1993 roku zająłem się już tylko motocyklami i tylko dłubaniem.

Naturalnie wcześniej, żeby z czegoś żyć, musiałem coś robić. Pomogło mi, że od studiów złapałem totalny „zakręt” na temat Volkswagenów Garbusów. Mój ojciec miał Garbusa, którego mam do dziś. W każdym razie kręciłem te garbusy ja i kręcił Krzysiek Wydrzycki. Wszystko do momentu, kiedy nasze małżonki zauważyły, że kręcimy Garbusy dla połowy Żoliborza. – „Może byście w takim razie jakąś firmę założyli?” I założyliśmy. Co prawda, ponieważ już wtedy jeździliśmy na rajdy to warsztat najczęściej pracował między wtorkiem, a środą, ale pieniądze zarabialiśmy. Kawy dolać?

 

– Tak, ale nie wiem czy będzie mi potrzebna. Podobno twierdzisz, że nadchodzi zmierzch motocykla, jako pojazdu.

 

– To prawda, tak uważam. Tak samo jak nadszedł kiedyś zmierzch zabaw fajerką i pogrzebaczem, w które to bawił się mój pradziadek. Tak, kończy się też era motoryzacji w ogóle. Zresztą to widać. Młodzież woli palcami jeździć po telefonie niż motocyklami. Słuchaj, oczywiście w całym świecie motocykli sprzedają się zyliardy, ale w Europie coraz mniej i w Polsce też coraz mniej. Patrząc też na statystyki, kto robi prawo jazdy motocyklowe widać, że młodzi ludzie raczej nie. Robią to częściej goście w średnim wieku i panie koło trzydziestki, a młodych ludzi to po prostu zwyczajnie nie interesuje. Mają chyba w życiu inne zabawy niż jazda motocyklem.

 

– Sądzisz, że pierwsza będzie w odwrocie Europa? Azja chyba jeszcze długo się nie podda.

 

– Tu będzie szersza teoria. Jak pewnie wiesz w Stanach dopuszczono do ruchu taksówki autonomiczne. Pewnie za trzy lata będą jeździły po całych Stanach. Jak zrobiono to tam, to w Europie możemy się ich spodziewać może za osiem lat.

I teraz zobacz, 90% ludzi wsiadających do samochodu, nawet w Polsce nie obchodzi czy to jest Toyota czy coś innego. I teraz jak on będzie miał do wyboru posiadanie pod domem swojego samochodu, a mając w kieszeni telefon, którym sobie to coś przywoła i mogąc jeszcze wrócić nietrzeźwym z bankietu to… Wszystko jest jasne, tu się kończy era samochodów.

Ja się już teraz pytam kolegę, który kupił Toyotę, jaki ona ma silnik, a on odpowiada – „A co mnie to obchodzi? Mam wszystko zapłacone i wymagam. Zapytaj mnie jeszcze, jaki ja mam mikser w domu do mielenia orzechów. Nie obchodzi mnie to.” W tej chwili większość ludzi ma takie podejście do motoryzacji.

I uważaj. Jak to całe towarzystwo przesiądzie się na samochody autonomiczne to okaże się, że jedynym zagrożeniem na drodze są motocykle. Dodaj do tego plan Szwecji, który zakłada w niedalekiej przyszłości obniżenie ryzyka wypadków śmiertelnych do zera i teraz pierwszym punktem w tej analizie jest to, że należy zlikwidować ruch motocykli, bo to będzie największe zagrożenie na drodze.

I tu wrócę do tej fajerki z piecem. Oczywiście są ludzie, którzy używają dziś kuchni węglowych, mają fajerki i pogrzebacz i mogą się nimi pobawić, ale wszyscy inni traktują ich tylko jak bandę starych wariatów. Mam nadzieję, że nie za mojego życia, ale koniec czeka motocykle ogólnie.

 

– Myślisz, że za dwadzieścia lat zgasimy światło po motocyklach?

 

– Może za trzydzieści. Sadzę, że era pojazdów autonomicznych wywali świat do góry tak, że my nawet nie zdajemy sobie prawy.

 

– Czyli zostaniemy z tymi naszymi starociami jak chociażby żeglarze przy swoich jachtach. Luksusowa rozrywka. A jak widzisz Lechu współczesne media motocyklowe i ich przyszłość?

 

– Chyba tak jak wszyscy, czyli stopniowe przesiadanie się na media elektroniczne. Ale, byłem kilka tygodni temu na prezentacji Harleya gdzieś tam w świecie i spotkałem pewnego pana z Norwegii. Kiedy zapytałem, jakie pismo reprezentuje on mi na to, że na pewno nie znam, bo to tytuł lokalny i że to pismo rozchodzi się w prenumeracie. Myślę sobie, prenumerata fajna rzecz, ale na pewno nie jest to duży nakład. A on mi do tego, że mają nakładu 40000 egzemplarzy.

I widzisz, to nie jest prawda, że już nie ma prasy papierowej. Prasa papierowa jest, ale specjalistyczna. W Stanach, czy cywilizowanych krajach Europy rozchodzi się taka w prenumeracie. Jak ktoś jest fanem motocykli to on sobie taki Świat Motocykli zaprenumeruje. Ja wierzę, że w trzydziestomilionowym kraju znajdzie się dwadzieścia tysięcy gości, którzy będą chcieli mieć papier. Sam mówisz, że z jakiegoś powodu masz w domu pierwszy numer Świata Motocykli i go nie wyrzucasz.  Ja też lubię to mieć. Mam gazety z lat pięćdziesiątych i wierzę w to, że prasa papierowa, może nie dzienniki, ale prasa specjalistyczna o koniach, o golfie i inne tego typu przetrwają. Materiał do papierowego magazynu robi się dużo dłużej i dużo staranniej niż do Internetu. One też dużo dłużej żyją.

 

– Widzę to tak samo. Tu chyba chodzi o trend gdzie prasa staje się coraz bardziej ekskluzywna. Ci, co kupują prasę papierową chcą coraz wyższej jakości, mogąc za nią płacić. Cała reszta pójdzie do sieci. Efektem tego będziemy dobry, papierowy magazyn czytać przy kominku ze szklanką whisky.

 

– Tak, i tu jest jeszcze coś. Media elektroniczne przyzwyczaiły czytelników, że to wszystko jest za darmo. Ale wiesz, coś, co jest za darmo nie może być dobrej jakości. Trzeba pamiętać, że za każdym dobrym materiałem stoi sztab ludzi. Na zdjęcia trzeba pojechać, spalić benzynę, opłacić czynsze, a z reklamy w Internecie ciężko jest wyżyć. Jak mi to kiedyś wyjaśnił ktoś mądry, jeżeli ilość bytów robiących media w Internecie zbliża się do nieskończoności to nakład na pojedynczą reklamę spada do zera.

No i tu dochodzimy do tego, że nakłady na reklamę spadają. Zasięgi prasy papierowej nie rosną. Rośnie za to ilość mediów internetowych gdzie większość ludzi robi to amatorsko i hobbystyczne, czyli za półdarmo. Efekt jest taki, że poziom tego jest, jaki jest.

 

– Co zatem w przyszłości?

 

– Dochodzi powoli do tego, że duże portale internetowe zaczynają sprzedawać swoje treści. Podobnie było w telewizji. Jeżeli ktoś interesuje się dajmy na to NBA, zauważa, ze poziom tego, co jest prezentowane w kanałach publicznych to dramat. I taki ktoś wydaje 30$ miesięcznie, kupuje sobie płatny dostęp do kanału z najbardziej zawodowym przedstawieniem NBA, jakie można sobie wymarzyć. Zawodowa produkcja TV robiona przez zawodowców. Zawodowa, bo robiona za pieniądze. Myślę, że jeżeli ktoś będzie się naprawdę interesował motocyklami, niezależnie czy w Internecie, czy na papierze to po prostu za to zapłaci. Za darmo zostanie tylko miałkie coś. Działy plotkarskie, które zawsze mają się jak najlepiej i gołe cycki.

 

– Podpowiedziałeś mi jedną rzecz. Muszę wprowadzić opłaty za dostęp do treści na blogu.

 

– Możliwe.

 

– Ostatnie pytanie. Gdybyś miał się pozbyć wszystkich motocykli i do końca życia mieć już tylko jeden, ale dowolny. Co byś wybrał?

 

– Powojenny Indian Chief Roadmaster. Ten na trapezie z przodu i z suwakiem z tyłu. Na głębokich błotnikach. Ten najbardziej ikoniczny Indian. Chyba taki. Chciałbym latać takim Indianem. Wiesz, tak jak Steve McQueen pod koniec życia, kiedy mieszkał na pustyni w lotniczym hangarze. Pasowałoby mi to.

 

– Dziękuję

 

Rozmowa z Lechem Potyńskim i zdjęcia: Michał Mazurek