POD KAWAŁKIEM BREZENTU

Nie wiem czy to dlatego, że tak jest cool. Na pewno ma to pewien wpływ. Ale może bardziej robię to po prostu z lenistwa i upajam się, kiedy wyjeżdżam mając ze sobą jak najmniej? Z pewnością po trochu jedno i drugie.

 

Lubuję się w konsumpcji. Pijam dobry alkohol i niekiedy, w restauracji zajadam się tatarem aromatyzowanym dymem olchowo-bukowym. Ale równie często muszę sobie pozwolić na pozostawienie gdzieś z tyłu tego, co łatwe i wiedzie ku zatraceniu w mydlanej bańce. Daje mi to odpowiednią równowagę psychiczną.

 

W związku z tym bywa, że muszę sobie utrudnić. Zabrać mało albo wcale, nie znać konkretnego celu i nie mieć pewności, co do sukcesu przedsięwzięcia. Właśnie tak miało być tym razem. Plan był prosty. Dojechać z Warszawy na Mazury możliwie najbardziej zapadłymi drogami. Kurz gruntówki na krawędzi orientacji czasu i miejsca. Sprawdzeni towarzysze i niepewna, archaiczna technika. Poza motocyklami posłużyć temu miała trasa, którą przejechaliśmy z Przyjacielem samochodami blisko dziesięć lat temu. Zrobiliśmy to na potrzeby zorganizowania imprezy dla jednej z firm telekomunikacyjnych. Goście eventu mieli przejechać w terenowych wozach, szutrami ze Stolicy na Mazury. Pomysł był kompletnie nietrafiony, bo ile godzin trzęsienia i abstynencji wytrzyma pracownik biurowy w drodze na integrację?

Najwięcej frajdy mieliśmy z tego my. Nie da się bezbłędnie ułożyć i zmapować czegoś takiego w jeden dzień. Dzięki temu, na zlecenie klienta spędziłem wiele godzin w wojskowym, pokrytym plandeką Land Roverze Series III. Czas wypełniały rozmowy o życiu, tracking GPS oraz kontakt z rolnikami w wioskach, do których nigdy się nie trafia, bo leżą zbyt daleko od popularnych szlaków.

 

 

Było to dziesięć lat temu. Czasem wracałem tam myślami, a im częściej to robiłem tym bardziej chciałem zobaczyć jak zmienił się kraj. Szczęśliwie, po latach trasa w formie punktów, wciąż tkwiła w komputerze jednego z nas. Postanowiłem namówić chłopaków – w tym tego samego Marka, z którym tarabaniłem się tam samochodem dziesięć lat wcześniej oraz Pawła. Kolejnego kompana od asfaltu, silników i kurzu.

Musieliśmy tam pojechać na starych motocyklach. Wywnioskowałem, iż większość szutrów przykrył już asfalt, a najtrudniejsze miejsca najwyżej objedziemy. Chciałem mieć to co na sobie i narzędzia. Minimum bagażu, ponieważ miejsca na motocyklu jest mało, a za namiot może posłużyć brezentowa pałatka. Kamraci temat podchwycili i gdyby nie termin byłoby nas o jednego czy dwóch więcej.

Motocykle mamy różne. Marek dosiadł piękną, zachowaną w oryginale Hondę CB 500 Four z 1977 roku. Paweł wyprowadził Vespę PX. Ja spakowałem się na trzydziestoośmioletnią MZ TS 250. Ruszyliśmy rankiem.

 

 

Poprzeczka była podniesiona wysoko dla każdego z tych motocykli.
Honda – nigdzie z nami nie była i ma na sobie wiekową patynę. Popracowaliśmy przy niej nieco w garażu, ale jazdy praktycznie zero. Vespa Pawła przeszła niedawno kompletny remont silnika i… przejechała po nim piętnaście kilometrów. Natomiast moją MZ można zdefiniować jednym zdaniem: znalezisko garażowe i niedokończone prace renowacyjne poprzedniego właściciela.

Motocykl kupiłem dwa lata wcześniej bez specjalnego pomysłu. Można było poddać go kompleksowym czynnościom, jednak ja ograniczyłem inwestycje do uzupełnienia braków i wymiany na nowe kilku części będących w fatalnym stanie. Z braku czasu nie przejechałem nim dotychczas więcej jak sto kilometrów. Podczas składających się na to krótkich wojaży każdorazowo coś się z tym motocyklem działo. To wszystko musiało przynieść masę przygód. Większość z nich na własną prośbę, bo jak wyjaśnić świadomość braku filtra paliwa i niechęć do jego zakupu ze względu na brzydki wygląd?

 

 

Dowodem na to, że stare motocykle łamią granice było spontaniczne towarzystwo Piotra dosiadającego Junaka M10. Nie znaliśmy się. Spotkany na stacji benzynowej w Nieporęcie, jak zobaczył nas w komplecie, postanowił się przyłączyć i znacznie podnieść średnią wieku naszych pojazdów. Nie miał planu na ten dzień. Chciał tylko pojeździć parę godzin. Zanim zawrócił, przejechał z nami prawie siedemdziesiąt kilometrów.

 

Trasa nie chciała dać się łatwo ujarzmić. Tam gdzie przed laty były kopne piachy i błota, nic się nie zmieniło. Musiała pokonać je mała Vespa i Honda, która miała trudniej z jeszcze jednego powodu. Jej właściciel otrzymał ode mnie zapewnienie, że jak się przewróci i ją uszkodzi to koniec z naszą komitywą. Oczywiście do artykulacji użyłem kompilacji słów uznanych za wulgarne.

 

 

O rozwój naszych umiejętności mechanicznych dbała MZ. Od razu po przekroczeniu promem Narwi pierwszy raz rzuciła palenie. Od tego miejsca, na każdym postoju, ocierając pot w upale doktoryzowałem się z jej zapłonu, gaźnika lub obu tych układów na raz. Marek, początkowo spokojny z każdym postojem zaczynał się wściekać mrucząc pod nosem „made in japan, tylko made in japan”, Pawłowi się podobało, a ja lekko zwątpiłem dopiero za setnym razem, bo stwierdziłem, że pewnie wrócę PKSem. Jasne było, że cały kłopot był spowodowany moją niechęcią do plastikowego filtra paliwa za pięć złotych. Tylko gdzie go kupić w lesie?

Najmniej akcentowała swoją obecność Vespa. Ten cudowny sprzęt nie odstawał osiągami na trasie, a w terenie zaskakiwał mobilnością. Paweł prawie nie musiał jej tankować, nie rzucał się w oczy i niezawodnie był zawsze tam gdzie miał być.

 

Nasza jazda początkowo nie miała celu. Pojawił się około południa. Jak udało nam się ustalić przez telefon o zanikającym zasięgu, na końcu tej leśnej epopei miało czekać spotkanie i wieczór ze znajomymi. Andrzej kręcił się po Mazurach ze swoją Panią i psem w kempingowym GMC. Musieliśmy się spotkać zwłaszcza, że kilka tygodni wcześniej w tym składzie (bez Pani i psa) objechaliśmy motocyklami Bieszczady w podobnym wariackim rajdzie.

 

 

Niefortunna była tylko meta dnia. Kolejny raz dałem szansę Rucianemu i teraz wiem, że to był raz ostatni. W sezonie letnim kemping żeglarski zamienia się w kemping disco polo. To okropne. Trudno tamtejszą patologię turystyki zagłuszyć nawet mocnym alkoholem, nie mówiąc już o wpatrywaniu się w ciszy w ognisko. Znam na Mazurach z milion miejsc, w których mogliśmy się umówić, ale cóż? Nie można mieć wszystkiego na raz.

 

 

Te dwa dni można by rozpisać na wiele stron. Tym bardziej, że nie wracaliśmy krajówkami. Ale kto chce czytać o kolejnym demontażu gaźnika w MZ, następnym ulewnym deszczu, kiedy już masz nadzieję, że ten przed godziną był ostatni czy odpadającej w czasie jazdy osłonie akumulatora – oczywiście w MZ. Po co to wszystko?

Żeby wiedzieć, trzeba się czasem przejechać z przyjaciółmi jakimś gratem przez miejsca, które jeszcze omija pęd ku cywilizacji.

 

Mazurek

 

Zdjęcia: Michał Mazurek

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz