MAŁE, GORĄCE KÓŁKA

Gdyby nie istniały, wielu z nas długo nie wiedziałoby nic o amerykańskiej kulturze Hot Rod.

 

Przed rokiem dziewięćdziesiątym, żeby je zobaczyć trzeba było iść do bogatego kolegi mającego rodzinę za granicą, na giełdę lub do Pewexu. Ale tam, aby później zanieść jednego takiego do domu należało jeszcze zdobyć kwotę 1,10$ lub równowartość w bonach towarowych.

Sprawa była bardzo skomplikowana, bo dla przeciętnego, dziesięcioletniego mieszkańca blokowiska zdobycie „waluty” w takiej ilości było wyzwaniem podobnym do zorganizowania na szybko dzisiejszych stu euro. Może trochę przesadzam, ale muszę, żeby młodzi wiedzieli o co chodzi. Fakt jest taki, że nawet w PRL-owskich złotówkach nabycie resoraka było dla małolata jak kupno VW Golfa IV obecnie.

 

A więc wystawało się z rozwartą gębą przed witrynami lub ladą i wytrzeszczało oczy do małych pudełeczek kryjących błyszczące kształty. W latach 80 na rynku najwięcej było modeli firmy Matchbox. Spotykało się również francuskie Majorette. Te resoraki były odzwierciedleniem wielu popularnych wozów. Ładnie wykonane, a czasem z otwieranymi drzwiczkami czy pokrywą silnika. To był szał. Kilka z nich miałem, lecz o większości tylko marzyłem.

 

Ale pewnego dnia zdarzyło się coś, co wyświetliło error w percepcji dzieciaków. Nie wiadomo skąd się pojawiły.  Samochodziki – jakieś takie inne.

Pierwszym, który pamiętam był pochodzący z Matchboxa Chevrolet Bel Air rocznik 57. Był niesamowicie piękny i coś w nim nie grało. Niby stary – klasyczny samochód, ale… coś wymykało się ze schematu.

Był czarny w czerwone płomienie, pod progami miał rury wydechowe, a spod otwieranej pokrywy wystawał ogromny silnik! To było lepsze od zdjęcia gołej baby z ostatniej strony magazynu Razem. Każdy chciał mieć ten wóz, ale nikt nie wiedział, co to jest.

 

 

I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Wrażenie, jakie zrobił wyjątkowy samochód, na moim podwórku w latach 80. Dużo wcześniej, bo w 1968 roku przewidział, wchodzący dopiero na rynek resoraków, zabawkarski potentat, firma Mattel. Chcąc konkurować ze znanym od roku 1953 Matchboxem trzeba było zaproponować coś oryginalnego. Postawiono na samochody customowe, a zabrano się do tego bardzo profesjonalnie.

 

 

Projekt pierwszych modeli zlecono, bowiem nie byle komu. Aż jedenaście z nich zaprojektował Harry Bentley Bradley. Designer z General Motors, autor wielu niesamowitych nadwozi z najbardziej znanym Dodge Deora na czele.

Machina ruszyła, narodziła się kultowa dziś marka Hot Wheels. Coś, co było zbyt dziwne dla konkurencji, w „gorących kółkach” było normalne.

Drag stary, hot rody, gassery, futurystyczne koncepty, low ridery i customy. Nic nie było zbyt dziwne i za bardzo odjechane.  Dzieciaki to pokochały. Okazało się, że wielu pragnie czegoś wyjątkowego. Małolaci chcieli się lansować na bulwarach wyobraźni, ścigać na ¼ mili na murkach i skakać przez płonące obręcze. Mattel to szybko dostrzegł i jak na zawołanie zaproponował tory oraz wszelkiego typu katapulty. Wszystko by Twój wóz poleciał dalej, pojechał szybciej lub wykonał bardziej spektakularną woltę w powietrzu. Nie tak jak ci nudziarze, koledzy z klasy, co tylko zachwycają się otwieraniem drzwiczek w mercedesie od Matchboxa.

Konkurencja to zauważyła. Hot Rody musieli wypuścić również inni. Powstawał wspomniany wcześniej Bel Air od Matchbox, ale to Hot Wheels wyznaczał wtedy i wyznacza do dziś standardy tworzenia customowych modeli.

 

 

Po odejściu z firmy Harrego Bentley Bradley, jego miejsce zajął pochodzący z Chryslera Ira Gilford. To właśnie on stworzył słynnego Twin Mill. Pięknego dwusilnikowca nawiązującego do sylwetek Corvette i Camaro oraz mającego jak wiele modeli Hot Wheels swoje kontynuacje do dziś. To chyba też pierwszy model, który dorobił się po latach wcielenia naturalnej wielkości. Warto wspomnieć, że sporo resoraków stanowiło inspirację dla budowniczych customów dzięki, którym te najbardziej fantazyjne pomysły materializowały się w realnym świecie.

Ale bywało też odwrotnie. W 2015 roku ekipa warsztatu Gas Monkey znanego z telewizyjnego programu  Fast n’ Loud zbudowała na zamówienie Hot Wheels wyjątkową, złotą Corvette 68. Ten samochód jest dziś na rynku, jako jeden z tysięcy modeli do wyboru.

 

 

Dwusilnikowców wśród modeli Hot Wheels nigdy nie brakowało. To specyficzny kierunek zapoczątkowany prze Twin Mill w latach sześćdziesiątych i trwający do dziś. Te samochodziki pokazały dzieciakom, że nic nie jest zbyt odjechane. Coś, na co nie zdecyduje się żadna fabryka „normalnych” samochodów i mało, który budowniczy customów, na dywanie jest normą. Sky is the limit.

 

 

Dziś można wybierać spośród setek modeli małych samochodów zebranych w kilka serii. Są wznowienia kultowych wozów sprzed lat i najnowsze. Może się wydawać, że dla projektantów z Mattela nic nie jest zbyt szalone. Są ciężarówki, motocykle, nadwozia zmieniające kolor, monster trucki czy w końcu serie nawiązujące do komiksów, filmów i gier.

 

 

Z tematycznych serii kolekcjonerskich najbardziej lubię żółte wozy Mooneyes. Nawiązują one do kultowej w świecie custom marki MOON Speed Equipment założonej przez słynnego tunera amerykańskiej sceny Hot Rod, Deana Moona. Człowieka stojącego za wieloma akcesoryjnymi dodatkami wykreowanymi w wyścigach drag racingowych i przeszczepionych później do świata custom. Są bardzo różne, ale ich wspólną cechą jest kolor, namalowane oczy – logo marki i fakt, że powstawały w oparciu o słynne samochody klasyczne.

 

 

Modele z pierwszych serii, głównie te z przełomu lat 60 i 70 to dziś białe kruki. Niektóre potrafią osiągać ceny od 20 do ponad 100 tysięcy dolarów. Ale spokojnie, kiedy na podwoziu modelu znajdziesz datę z tego okresu, sprawdź wszystko dokładnie. To, co podaje producent to data wejścia serii na rynek, a nie data produkcji konkretnego egzemplarza.

 

 

Obecnie są wszędzie. W hipermarketach wiszą na stojakach obok pudełek z torami do ich puszczania. Są w sklepach zabawkarskich i czasem w dyskontach. Mimo, że już nie ma problemu z zakupem resoraków, ja najbardziej lubię te na giełdach. Używane, czasem podniszczone. Tam wypatruję tych, których nigdy wcześniej nie widziałem.

Nie wiem czy to z powodu niedostępności modeli w dzieciństwie, czy przez to, że chyba nigdy całkiem nie dorosłem, w każdym razie niezależnie gdzie je spotkam zawsze odwracam za nimi głowę.

 

 

Mazurek

 

Zdjęcia: Michał Mazurek