LEPSZY NIŻ SIĘ SPODZIEWASZ

Długo zastanawiałem się czym pojechać po odbiór tego motocykla. Moim Fat Boyem Evo, zgodnie z wartościami marki czy skuterem, Hondą Super Cub zgodnie z ideą motocykla miejskiego. Wybrałem skuter. Wiedziałem, że powrót do pierwotnych cech amerykańskiej marki mógł zniszczyć moje oddanie do niej w momencie ponownej zamiany motocykli.

Obawiałem się, że w dniu zdania elektrycznego Harleya będę wolał wracać do domu tramwajem niż swoim klasykiem.

 

 

 

Dobrze zrobiłem. Po kilku dniach moja przesiadka na archetyp Harley Davidsona – często nazywany tym „ostatnim prawdziwym” był czymś w rodzaju powrotu do romansu z wikingiem.

 

DSC_0028

 

Ale do rzeczy. Nowy LiveWire nie owija w bawełnę to i ja nie będę. Nie będę dziś pisał o ekologii i niskiej emisji. Elektromobilność traktuję jako zjawisko nieuniknione i pozytywne ale nie miejsce na to przy okazji tekstu na temat LiveWire. Pomyślałem, że napiszę o tym jak LiveWire sam i bez ogródek odpiera podstawowe obiekcje na swój temat.

 

Bezpośrednie podejście jest cechą wspólną maszyn HD od zarania dziejów. Ten przekaz wprost, bez ceregieli jest i teraz – w elektrycznym wydaniu. Dawniej dostawałeś łomot od wibracji i uderzenia momentu obrotowego idącego za wybuchami w cylindrach, teraz dostajesz łomot od rakietowego przyspieszenia. Tak jak dawniej, zsiadasz i nie pozostajesz obojętny.

Oczywiście przy temacie Harleya na prąd nie będzie mowy o maszynie do crusingu. Tu jest miejsce na opowieść o mocnym nakedzie do miasta, który… sprawia, że nie masz alternatywy, a wszystko co aktualnie jeździ w mieście i jest zasilane przez silniki spalinowe staje się tym czym samochód Flinstonów przy Porsche 911.

Tylko się nie denerwuj. Wiem, co chcesz teraz powiedzieć, „ten i owen to dopiero były maszyny…” Tak, wiem – były. Dopóki nie przyszedł prąd i wszystkie kopnął. Nie wierzysz? Idź do salonu na jazdę testową.

 

DSC_0012

 

Start. Aktywujesz napęd i… maszyna cicho i powoli rusza. Wszyscy mówili, że to potwór, a tu taki spokój. Dozowalność gazu jest doskonała. Właściwie nie można narobić sobie kłopotów operując nim przy starcie.  Masz pełną kontrolę. Przyzwyczajenia wymaga odejmowanie „gazu” z uwagi na funkcję rekuperacji, która jest wstanie prawie całkowicie zastąpić hamowanie hamulcem. To dobrze, za to lubię elektryki. Ale uwaga, nich Ci nie przyjdzie do głowy zrobić „przegazówkę” na postoju. Przekręcenie pokrętła w stojącym i pozornie wyłączonym motocyklu może mieć katastrofalne skutki. Uprzedź o tym kolegów.

 

Czas odkręcić. Kiedy się na to zdecydujesz motocykl staje się właśnie tym czym jest. Najmocniejszym zerwaniem ze stereotypem marki Harley Davidson. Dodając gazu, aż czuć przeciążenia. A już na pewno przed włączeniem trybu sport trzeba się zastanowić kiedy jadło się obiad. Dawno nie jeździłam motocyklem, przy którym występuje ten objaw.

Przyspieszenie podczas jazdy? Dokładnie tak samo jak na starcie. Trzeba bardzo mocno ściskać kierownicę. Do setki w trybie „eko” przyspieszysz w 3,2 sekundy. W trybie sport w 3. Takie osiągi miała Suzuki Hayabusa. Ale umówmy się, przyspieszanie na spalinowym motocyklu, przy elektryku to coś – delikatnie mówiąc wulgarnego. Kiedy zrobisz to elektrykiem zastanawiasz się czemu ten jazgot ze sportowego wydechu miał służyć. Warto również zaznaczyć, że elektryczny napęd nie robi sobie przerwy na zmianę biegów. Do tego pamiętajmy jeszcze, że mowa jest o miejskim nakedzie.

 

Jak widzisz, przed chwilą poruszyłem temat dźwięku. Wielu pytało: „Ale jak to, tak bez dźwięku silnika, spalin i zapachu benzyny?” Na właśnie, tak to. Bez zatyczek do uszu, wibracji i smrodu. Czysty power! Jak brakuje Ci hałasu zrelaksuj się na leżaku przegazowując przy uchu piłę spalinową. Jest tania, śmierdzi, szybko się wkręci na obroty i również może Cię zabić.

Ja, jak będę potrzebował zastrzyku adrenaliny sięgnę po elektryka. Tryb: eko w mieście to wystarczające rozwiązanie. Nic poza superautami, sportowymi motocyklami i jeszcze paroma dziwolągami nie ma najmniejszej szansy Cię wyprzedzić i to chyba wystarczający argument dla każdego, kto szuka dynamicznej maszyny do miasta, baaardzo dynamicznej.

 

DSC_0023

 

Wady? Ciężko się przyzwyczaić do kierunkowskazów. Zastosowane w LiveWire przełączniki były projektowane do innej pozycji. Są takie jak przy innych modelach HD gdzie po prostu inaczej się siedzi. Więcej uwag nie mam. Naprawdę.

Czas na temat zasięgu. Tu wszyscy się produkują. Bez sensu. Miejskim sprzętem 150-170 km dziennie? Trzeba by być listonoszem albo mieszkać bardzo daleko od miejsca pracy. Do tego zawsze ten hejt i porównania do motocykli turystycznych… Do turystyki są po prostu motocykle turystyczne. Ja podładowałem ten motocykl raz. Skorzystałem z darmowej, szybkiej ładowarki po siedzibą BMW w warszawskim „Mordorze”. Po dwudziestu minutach wyświetlacz motocykla pokazał zasięg aż 180 kilometrów. Sporo, było to spowodowane tym, że tego dnia jeździłem głównie w trybie eko i komputer tak mi wyliczał. Co ciekawe, znając miasto i jeżdżąc tą maszyną na co dzień nie miałem w stolicy problemu z prądem nawet nie ładując motocykla w garażu. Osoba, która będzie go miała na własność zapewne zadba o ładownie w nocy i temat przestaje istnieć.

Zastanawiałem się co czyni ten motocykl taką petardą. Wygląd? Możliwe, dizajnerzy się spisali. Prowadzenie i hamulce? Niezłe, ale w tym segmencie to standard. Zatem co powoduje, że ludzie którzy już doświadczyli jazdy wypowiadają się tak entuzjastycznie? Tak, to napęd. Elektryczny układ napędowy sprawił, że ten ładny miejski nakeed jest tak fajny. To co budzi największe kontrowersje czyli zastąpienie silnika spalinowego elektrycznym powoduje, że ten motocykl budzi takie pożądanie. Napęd elektryczny jest po prostu świetny.

 

Jest bardzo dobrze ale trzeba uważać. Wraz z pojawieniem się mocnych, elektrycznych motocykli, pojawiły się nowe zagrożenia. Stres przed jazdą między samochodami był do przewidzenia. Nikt Cię nie słyszy i lepiej przepychać się pomiędzy autami znacznie wolniej niż na spalinowcu.  Ale ryzyko występuje nie tylko tu. Pojawiający się znikąd na przejściu dla pieszych typek w słuchawkach, wpatrzony w smartfon może być przyczyną wywrotki. Do tej pory, człowiek otumaniony mediami społecznościowymi wyłapywał pewnie kontem oka bryłę samochodu, a motocykl kojarzył z rykiem zwiastującym zbliżanie. A teraz, pyk i po sprawie, nawet się nie zorientuje co go walnęło.

Kolejna sprawa jest jeszcze groźniejsza. Jadąc nawet bardzo spokojnie możesz zostać storpedowany przez miejskiego aktywistę na rowerze. Jeżdżąc tylko dwa dni namierzyłem kilka miejsc gdzie ścieżka rowerowa wyskakuje nagle zza ściany drzew lub innej przeszkody uniemożliwiającej obserwację. Aktywista jest gorszy od typka ze smartfonem ponieważ jest dodatkowo wyposażony w pojazd i determinację której nie waha się użyć nawet podczas czołowej konfrontacji z kamazem. Przecież, „miasto jest nasze”.

 

DSC_0018

 

Na szczęście, kiedy jesteś sam, jedziesz i słuchasz śpiewu ptaków. To było zaskakujące. Podmiejskie drogi lub bulwary, święty spokój i prawdziwy kontakt z otoczeniem. Tego, co dzieje się w ciszy, kiedy jedziesz powoli nie da się porównać z niczym znanym.

No dobrze, wracam na ziemię, zanim pojeździłem spotykałem się z jeszcze jedną kontrowersją – cena. Fakt, przeliczając na Yamahy dla ludu, LiveWire kosztuje sporo. Rozumiem, że wydatki bolą i wymagają wyrzeczeń, zwłaszcza, że mówimy o połączeniu gadgetu z nowością. Ale czy kultowe smartfony od Apple nie sprzedają się świetnie? No właśnie. Z drugiej strony mówi się, że ci, którzy mieli zamawiać te motocykle o cenie nie dyskutowali. Jak mniemam nie przeliczali ceny na Yamahy dla ludu. Tak samo jak ci, którzy kupują najnowszego iPhone w dniu premiery nie patrzą na Samsungi. To są fani, a fan w odróżnieniu od klienta nie jest krytykiem, fan jest adwokatem swojej ulubionej marki.

 

Wracam na drogę. Fajnie jest łapać się na mieście z innymi. Ale w pewnym momencie zaczynasz odpuszczać. Łojenie każdego samochodu i motocykla jaki stanie obok Ciebie zaczynasz odczuwać jako kopanie leżącego. Tryb sport równie dobrze mógłby być opisany jako tryb znikanie.

Jak już to zauważysz, zaczynasz się zastanawiać jak długo jeszcze spalinowe motocykle będą dawać frajdę z jazdy w mieście? Wiem, że do popularnej elektromobilności jeszcze długa droga. Jednak pamiętajmy, że bracia Wright, swoją maszyną przelecieli tylko 37 metrów. Świat ich krytykował.

Sadzę, że za kilka lat ziomki od ulicznych sprintów, zaczną się orientować, że seryjny, elektryczny motocykl robi co chce z podkręconymi spalinowcami. Że dłubanie w tradycyjnych silnikach celem znalezienia w nich osiągów to ślepa ulica. Wtedy zacznie się nowy – elektryczny wyścig zbrojeń. Zamiast strojenia układu zasilania i dobierania wydechu zacznie się dobieranie sterowników silników i poprawianie chłodzenia baterii. Ekscytujące? Dla mnie bardzo ponieważ ten wyścig zbrojeń może mieć podobną siłę jak te w latach 80, które kazały ludziom montować do motocykli turbiny.

Na tym motocyklu nie ma czasu na zmianę biegów. Ja miałem wrażenie, że przy jego osiągach mignięcie kierunkowskazem trwa wieki. Do tego silnik elektryczny do pary z przekładnią, przy otwieraniu „gazu” wydaje z siebie gwizd, który robi wrażenie podobne do tego jakie robiły wiele lat temu sportowe czwórki. Elektryk wcale  nie jest bezgłośny, daje czadu, ale nieco ciszej i ze stokrotnie większą klasą.

Sądzę, że za kilka lat do zbioru drogowych ograniczeń przepisów dołączy również ograniczenie przyspieszenia od 0 do 100 czy od 0 do 50km/h. Okolice 3 sekund to naprawdę bardzo szybka zmiana miejsca z A do B. Cieszmy się zatem elektryką zanim i ona stanie się niepoprawna.

 

Za każdym razem, kiedy rozmawiałem o elektrycznym Harleyu z kimś, kto wie, że od lat jeżdżę klasycznymi motocyklami tej marki słyszałem pytanie: „Ciekawe, czy swojego Harleya zamieniłbyś na elektrycznego?” Otóż nie, nie zamieniłbym. Tak samo jak nie zamieniłbym mojego roweru miejskiego na kolarkę i nie pozbyłbym się mojego miejskiego kompaktowego samochodu na korzyść Unimoga (choć bardzo je lubię). Jedno i drugie służy do innych celów. Ja chciałbym mieć klasycznego Harleya stojącego w garażu obok elektrycznego. Codziennie mógłbym jeździć na prądzie ale kilka razy w roku, tak jak to robię od lat, puszczę się przed siebie by wiele godzin i wiele setek kilometrów upajać się dudnieniem najbardziej charakternego, klasycznego V-twina jakiego znam. Sądzę, że wszyscy którzy kupują Live Wire albo mają inne motocykle albo w ogóle nie potrzebują ich mieć. Nie ma to znaczenia. Dla takich sprzętów jest coraz więcej miejsca na rynku.

 

Mazurek

 

Zdjęcia: Michał Mazurek

 

 

DSC_0037

DSC_0038

DSC_0039

DSC_0058

DSC_0082

DSC_0083

DSC_0099

DSC_0092