LATAJĄCE KAMPERY

Ta wizja byłaby możliwa, gdyby nieco inaczej potoczyły się wydarzenia ostatnich czterdziestu lat.

 

 

Jak się nad tym bardziej zastanowić, to powodem zwrotu w kierunku obranym przez ludzkość, a będącym dziś naszą nieciekawą rzeczywistością mogłaby być wizyta lub inny kontakt z przedstawicielami obcej cywilizacji. Potrafiłoby to nas – ludzi uspokoić od udowadniania sobie nawzajem racji za pomocą ognia i pokazać miejsce w szeregu. Być może wskazałoby, że już kiedyś, podobna sytuacja miała miejsce. Prawdopodobna byłaby również zmiana podejścia do religii. Musimy w każdym razie przyjąć, że nastąpiłoby coś konkretnego. Człowiek sam z siebie nie wyciąga przecież wniosków ze swoich błędów i sam nigdy się nie zmieni.

Załóżmy więc, że takie wydarzenie jak ingerencja z gwiazd miało miejsce u schyłku zimnej wojny i wszystko od tamtej pory potoczyło się inaczej niż to znamy.

 

Świat byłby piękny. W tej wizji nie ma wojen, przeludnienia i głodu. Ludzie, którzy otrzymali wskazówki jak postępować i których jest góra pięć miliardów uprawiają zbalansowaną gospodarkę. Zasobów naturalnych wystarczy na wieki, bo tam gdzie można, ludzkość zdaje się od dawna na energię odnawialną.

Wyciągnięto też wnioski z konfliktów. Wszyscy niezależnie od religii czy koloru skóry, żyją okazując szacunek dla dobra wspólnego. Nie ma fanatyzmu politycznego i religijnego.  Wierzący nic nikomu nie narzucają, ponieważ wiedzą, że po śmierci wszystko się okaże, a tu na Ziemi musimy się wzajemnie szanować. Patrioci płacą podatki oraz żeby wykazać się na arenie międzynarodowej, zaczęli rywalizować technologiami ukierunkowanymi na rolnictwo, leki na raka, ekologiczne środki transportu i pomoc potrzebującym. Nie ma rabunkowej gospodarki. Chiny produkują wysokiej jakości dobra, a ludzie są tam godziwie wynagradzani. Rodzi się mniej dzieci, ponieważ wszyscy dzielą siły na zamiary. Tradycyjny wzorzec jest zawsze poddawany analizom logicznym i etycznym. Ludzie nauczyli się rozwijać obok natury. Korea Północna już dawno zjednoczyła się z Południową.

 

W tej rzeczywistości nie brakuje oczywiście ekscentryków. Można sobie pozwolić na wysublimowaną turystykę. Cały świat stoi otworem. Wyjazd na inny kontynent terenowym kamperem, czy rejs jachtem nikogo nie dziwi. Ludzie ogarnięci pasją poznawania sięgają po znacznie ciekawsze środki transportu.

Ruszają, więc na podbój nieba jak ich przodkowie, pionierzy lotnictwa i odkryć geograficznych. Ponieważ po okresie zbrojeń zostało sporo sprawnego sprzętu latającego, wielu decyduje się na romantyczną turystykę powietrzną.

Paliwo kopalne nie jest drogie, gdyż jest nieco passé. Wykorzystuje je już tylko lotnictwo, transport morski, kraje rozwijające się oraz fani klasycznej motoryzacji. W dobie elektryfikacji i transportu zbiorowego bliski wschód obniżył ceny paliw i liczy na możliwości zbytu. Załóżmy, że nas stać i mamy nieodpartą potrzebę wybrać się w podróż życia. Zostawmy samochody. Może by tak kupić samolot i przystosować go do dalekich wypraw?

 

Pomysł nie jest aż tak niedorzeczny jakby się miało wydawać. Dawniej, szczególnie w okresie międzywojennym i po drugiej wojnie światowej wyprawy lotnicze do Afryki, Azji czy krajów arabskich były popularne. Wielu geografów, fotografów, czy wreszcie zwykłych, ale majętnych awanturników nabywało latające maszyny i startowało ku wielkiej przygodzie. Pierwszy raz miało to miejsce po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Za środki transportu służyły często zdemobilizowane bombowce przebudowywane na samoloty pasażerskie, ekspedycyjne czy salonki. W tej roli doskonale spisywały się brytyjskie czterosilnikowe dwupłaty Handley Page.

Podobne zjawisko miało miejsce po drugiej wojnie światowej, w okresie zwanym Golden Age of Travel. Znów, by wyruszyć w świat adaptowano samoloty z demobilu.

W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych przemysłowiec Glenn Odekirk z USA pokładał nawet nadzieje na doskonały biznes, jakim miało być dostosowywanie wodnosamolotów Catalina do celów turystycznych. Te maszyny miały na pokładzie wszystko. Od perfekcyjnego wyciszenia przez salon z kuchnią, po toaletę z prysznicem i telewizor.

W roku 1959 wodnosamolotem Catalina wyruszyli w podróż Thomas Kendall ze swą żoną, dziećmi oraz Davidem Leesem fotografem magazynu LIFE. Niestety wyprawa zakończyła się dość szybko.

22 marca 1960 roku załoga dotarła do Arabii Saudyjskiej i zakotwiczyła w cieśninie Tirańskiej. Stojący na spokojnej wodzie samolot oraz beztroscy podróżnicy z dziećmi nagle znaleźli się pod zmasowanym ogniem karabinów maszynowych. Strzelali służący Arabii Saudyjskiej Beduini. Przyczyną ataku było podejrzenie, że samolot przewozi izraelskich szpiegów. Mimo prób, Kendall nie zdołał uruchomić maszyny i poważnie ranny musiał dać za wygraną. Opis tych zdarzeń jeży włosy na głowie. Na szczęście napastnicy odpuścili i nie porwali się na abordaż maszyny. Wrócili dopiero po pewnym czasie by zatrzymać ofiary ataku. Sam samolot doznał kilkuset trafień i cudem nie spłonął. Reszta załogi, w tym dzieci, nie doznali poważniejszych obrażeń. Rząd Arabii Saudyjskiej nigdy nie wziął odpowiedzialności za zasadzkę. Po wielu perturbacjach z lokalnymi władzami podróżnikom udało się wrócić do kraju, ale uszkodzony samolot został na plaży na zawsze.

 

W mojej wizji będzie jednak inaczej.  Świat jest przecież bezpieczny. Lepiej jest handlować niż strzelać, szanować niż narzucać i w ogóle nie ma chętnych, aby ginąc za czyjeś chore ambicje. Love & Peace.

Pomyślmy o samolotach. Jakimi cechami powinien dysponować latający kamper? Na pewno musi być uniwersalny i posiadać zdolność operowania z przypadkowych lądowisk.

Niewielkie prędkości startu, lądowania, krótki dobieg i rozbieg, mocne podwozie. Kolejne właściwości to prosta obsługa i ogólnie wytrzymała konstrukcja. Przydałby się pękaty kadłub, a przez to pojemne, ustawne i łatwe w modyfikacjach wnętrze. Przez wzgląd na odporność, rozglądałem się raczej za samolotami z silnikami tłokowymi, ale wyjątkowo zwróciłem też uwagę na maszyny turbośmigłowe. W takim razie, w czym wybierać?

Wszystko zależy od tego, gdzie będziemy latać. Na trasy europejskie wiele nie trzeba, ale żeby ruszyć chociażby na czarny ląd należy mieć możliwość lądowania i startu w trudniejszych warunkach. Samolot musi też zabrać na pokład wszystko, co podróżnikom niezbędne. Wszak wiadomo, iż tam gdzie nie ma bazy hotelowej jest najciekawiej.

Warto również być przygotowanym na sytuację, kiedy kusząca okaże się oferta turystyczna ze strony Rosjan. Bezkres tajgi, ogromne jeziora, a potem dalej. Alaska, Kanada?

Skoro wokół tyle wody, zaczynamy od maszyny zdolnej ją okiełznać. Jest nią oczywiście Consolidated PBY Catalina. Chyba najbardziej znany wodnosamolot w historii. Zależnie od wersji była to łódź latająca lub wodnosamolot. Różnica polega na tym, że łódź latająca to samolot o kadłubie w kształcie łodzi bez podwozia kołowego, wodnosamolot, zwany też samolotem amfibią jest wyposażony dodatkowo w podwozie kołowe. To zdecydowanie lepsza opcja. Ty wybierasz gdzie lądujesz.

Samolot powstał do obserwacji mórz i oceanów oraz tropienia nieprzyjaciela. Ścigał okręty podwodne, atakował torpedami i bombami głębinowymi, transportował ludzi oraz sprzęt, wreszcie ratował życie rozbitkom. Wsławił się, jako wół roboczy lotnictwa morskiego. Cataliny służyły jeszcze wiele lat po drugiej wojnie.

Ten piękny klasyk posiada dwa silniki w układzie gwiazdowym i niezwykłe predyspozycje by ruszyć nim w podróż. Dzięki możliwości operowania z lotnisk lądowych i wodnych jest wspaniałą alternatywą dla wagabundów. Coś jak lotniczy odpowiednik wyprawowego Land Rovera.

Jej wielką zaletą i znakiem rozpoznawczym są umiejscowione po obu stronach kadłuba wielkie, przeszklone wykusze. Dawniej stanowiska strzelców lub obserwatorów. Teraz, genialne balkony do obserwacji bezkresnych przestrzeni. Idealne by w nich zasiąść z kubkiem kawy i podziwiać jak ze szklanej kuli bezmiar sawanny.

Podobnie ciekawy będzie mniejszy, ale w USA kultowy Grumman G-21 Goose. Latająca amfibia modernizowana do dziś i nierzadko wykorzystywana do podróży. Na ten model może być więcej ofert sprzedaży.

Dla miłośników nieco nowszej, ale też klasycznej techniki i nieskrępowanych latających łodzi jest Grumman Albatross (maszyna na zdjęciu tytułowym). Również ten samolot modernizuje się dziś do roli kamperów.

 

Powszechnie wiadomo, że najlepsze wozy kempingowe do wypraw typu adventure powstają na bazie starych samochodów strażackich. W przypadku samolotów jest podobnie. Pożarniczy Canadair CL-215 to kanadyjska maszyna produkowana od 1969 roku. Charakteryzuje się przestronnym wnętrzem, nowoczesnym osprzętem i silnikami oraz wytrzymałością i możliwością lotu z niską prędkością. Bywalcy plaż nad Morzem Śródziemnym z pewnością kojarzą żółto – czerwone samoloty siadające na falach, by pobrać wodę do gaszenia licznych latem pożarów. Pospolity, ale ma urok. Mógłby być latającym odpowiednikiem kampera na bazie Fiata Ducato.

 

A co, jeśli pogodzić się z brakiem możliwości lądowania na wodzie? Nie ma sprawy, jest wiele propozycji. Sporo maszyn na kampery można przebudować z wojskowych. Przypominam, nie ma już  wojen, a zostało niemało sprzętu. Utrzymanie go w dużych ilościach jest kosztowne. Wojsko organizuje zatem tanie wyprzedaże.

Sądzę, że warto brać rewelacyjnego, produkowanego od roku 1952 Grumman S-2 Tracker. Zaprojektowany, jako samolot zwalczania okrętów podwodnych jest kolejnym morskim wołem roboczym. Razem ze swoją wersją rozwojową C-1 Trader służył w marynarce USA do 1988 roku.

W innych armiach oraz w cywilu latają te samoloty do dziś. Co ciekawe, jako operujące z lotniskowców, Grummany mają składane skrzydła. Może być to nie lada ułatwienie na biwaku, lub podczas hangarowania poza sezonem. Grumman, to dla mnie samolotowe wcielenie Popeye. Sympatyczny osiłek, któremu nie straszne silne wiatry.

 

Latając częściej na wschód warto rozważyć jednak coś, co można tam łatwiej serwisować. Dla miłośników siermiężnej techniki są samoloty radzieckie. Turyści decydujący się na operowanie z lądu i wody wybiorą pewnie BE-12 Czajka. Po nagłym zakończeniu zimnej wojny można by je pewnie bardzo tanio kupować, a części byłoby sporo. To solidny i pojemny sprzęt, jednak w odróżnieniu od konstrukcji tłokowych posiada napęd turbośmigłowy, a wadą jest podwozie z kołem ogonowym. Dlaczego? O tym za chwilę.

Zobaczyć Jerozolimę z góry – bezcenne. Może Transportowym AN-12? Ma przeszklony dziób i doskonały z niego widok. Potem przelot nad piramidami i wyprawa na egipską pustynię? Nie ma sprawy. Ten średni transportowiec, poza Twoją rodziną i kilkoma znajomymi zabierze na pokład motocykle, lub jeśli szukasz czegoś wygodniejszego – porządny terenowy samochód. O sprzęcie do nurkowania nie wspominam. Mając na wyciągnięcie ręki Morze Czerwone i Śródziemne do wyboru, rzecz jasna został już spakowany. Łódź typu RIB również. AN-12 był wyposażany w cztery silniki turbośmigłowe Iwczenko o mocy 4250Km każdy. Lata z dwoma silnikami unieruchomionymi i może operować z lotnisk gruntowych. Zaopatrzenie w części jest znakomite, a w środku będziesz miał miejsca pod dostatkiem.

Jeżeli przesadziłem z wielkością to masz jeszcze nowszego i znacznie mniejszego AN-28. Ale poczekaj z gabarytami, popłynę w ostatniej propozycji.

Samolotów zdolnych do szwendania się bez celu jest więcej. Ja jednak celowo nie wziąłem pod uwagę kilku znanych klasyków. Zarówno Junkers JU-52 i jego powojenne pochodne, DC-3 Dacota, czy AN-2 to samoloty z kołem ogonowym. Wszystkie, na ziemi mają pochyloną podłogę. Adaptacja na kampery jest w ich przypadku trudniejsza, a efekt końcowy nie do końca wygodny. Poza tym wymienione maszyny ze znanym AN-2 na czele są niestety wolne. Choć pięknie brzmi dziewięć cylindrów, na wysokość, wchodzi jak stara winda.

 

Na koniec coś, co intryguje mnie od dzieciństwa. Maszyna o nieprzeciętnym wyglądzie. Kiedy przed laty dostałem jego plastikowy model nie miałem pojęcia, do czego ten samolot był projektowany. Wiedziałem jednak, że charakteryzuje się wyjątkowym wyglądem i domyślałem się, iż musi być dobry.

Przed Państwem… Tupolew Tu-95! Nie samolot, a prawdziwy podniebny dom. Zbudowany na początku lat pięćdziesiątych, jako bombowiec strategiczny i produkowany aż do roku 1994.

Jego cztery turbinowe silniki po piętnaście tysięcy koni mechanicznych każdy, łomocze powietrze niesamowitymi, przeciwbieżnymi, podwójnymi śmigłami. Smukły kadłub, bardzo wysokie podwozie, szeroki dziób. TU-95 to styl i klasa.

Oczywiście design rozważamy mając na względzie przeznaczenie maszyny, ale i tak TU-95 wygląda odjazdowo. Amerykańskie bombowce strategiczne z tego okresu to przy Tupolewie wielkie parówki z doczepionymi skrzydłami.

Jeżeli chcesz by Cię gdzieś zapamiętano, leć tam rosyjskim niedźwiedziem (w kodzie NATO Bear). Koniecznie, z najlepszym wyposażeniem i barem na pokładzie.

Pamiętaj tylko, że nie wylądujesz nim na byle polu. Ten Tupolew potrzebuje konkretnego pasa. Ale… jak już wylądujesz, to zadasz szyku jak nikt inny. Przemyśl, z kim latasz i jak wyglądasz. Ten samolot pasuje tylko do największych hedonistów i gwiazd rocka. Niestety Tu-95 jest też jednym z najgłośniejszych samolotów wojskowych. Jest to spowodowane tym, że końcówki łopat śmigła poruszają się szybciej niż prędkość dźwięku. Sporo wydasz na wyciszenie i nie wszędzie pozwolą Ci latać. Zwiedzanie z niskiego pułapu ostoi ptactwa będziesz musiał chyba wykreślić z listy. Odkładaj też na paliwo. Twoja salonka zabiera go aż siedemdziesiąt pięć ton.

Będzie drogo i głośno, ale przy rosyjskim niedźwiedziu chowa się nawet najnowszy Ed Force One zespołu Iron Maiden, aktualnie na bazie Boeinga Jumbo Jet 747-400.

 

W sumie nie sądzę, żeby TU-95 był za duży. Jest mniejszy niż Jumbo, ale i tak pakowny. Spokojnie polecą nim trzy wielodzietne rodziny. Zabierze się motocykle, rowery, pontony, sprzęt do nurkowania, foto i latawce. A jak będzie się gotować? Na pokładzie zmieści się wszystko. W myśl zasady miecze na lemiesze, miejsce po bombie atomowej można wykorzystać na dobrze wyposażoną kuchnię i transport grilla gazowego z wszelkimi akcesoriami.

Wygodne sypialnie, łazienka i rozkładane patio. A ile cienia pod tymi skrzydłami? Przecież TU 95 ma jedne z najwyższych podwozi. Firmy akcesoryjne mogłyby konkurować w zagospodarowaniu przestrzeni pod tą maszyną. Składany ogród, barbecue, boisko do koszykówki i plac zabaw to tylko kilka z wielu ofert w katalogu.

Oczami wyobraźni widzę ten bombowiec, wypolerowany na wysoki połysk ze skrzydłami pomalowanymi w zebrę. Na bokach wymalowana mapa trasy, flagi państw i sentencje Dalajlamy.

– Dzieciaki, szybko do kabiny dziobowej! Tata z wujkiem za chwilę przelecą nad Wodospadami Wiktorii! – Odjazd prawda?

O tym, że pomysł nie jest taki szalony świadczy fakt, że na bazie TU-95 powstał pasażerki TU-114 oraz specjalnie z myślą o Nikicie Chruszczowie reprezentacyjny, wykonany w dwóch egzemplarzach TU-116.

Dziś o takim rozmachu może myśleć tylko jakiś dyktator republiki bananowej czerpiący dochody z handlu diamentami i przemytu narkotyków, ale w mojej wizji przyszłości możesz mieć go i Ty. Prywatne firmy oferujące na zamówienie kempingowe zabudowy samolotów miałyby i cokolwiek takiego w ofercie. Przecież coś trzeba zrobić z tymi wszystkimi zdemobilizowanymi maszynami. Nie wszystkie nadają się na modernizacje, jako samoloty ratunkowe, poszukiwawcze czy do transportu darów dla regionów biedniejszych. Właściwie, to nawet nie musisz go sobie kupować na własność. Wynajem i współdzielenie to nie nowe wynalazki.

 

Podróże samolotami mogłyby być odpowiednikami dzisiejszych eskapad terenowymi ciężarówkami. Lot do Argentyny byłby jak podróż do Mongolii starym Unimogiem. W krajach zachodnich, a coraz częściej i w Polsce robi to wielu ludzi. Myślę, że samolotem też się da. Ech… szkoda, że muszę z tym czekać do wizyty przedstawicieli obecnej cywilizacji.

 

Mazurek

 

Zdjęcia: Michał Mazurek