GAMONIE

Odebrałem do testu nowy motocykl. Uśmiechnięty jechałem nim przez warszawskie, oblane słońcem ulice, aż zatrzymałem się przed światłami.

 

Wtem, podjeżdża facet na podobnym, konkurencyjnym, lecz już kilkuletnim sprzęcie. Zatrzymuje się obok mnie.

– Jaka to pojemność? – okazuje zaciekawienie wpatrując się w „mój”.

– 1200 – w sekundę zmyśliłem i podałem zainteresowanemu parametr, by nie przyznać się do indolencji i niedbalstwa. Prawdziwej pojemności nie znałem. Zanim wsiadłem nie zainteresowałem się i nie sprawdziłem. Szczęśliwie mój rozmówca nie zorientował się, że niechcący go oszukałem. Ja jednak poczułem się głupio i ucieszyłem się widząc zielone światło.

 

Przepraszam sympatycznego zucha napotkanego na ulicy Powstańców Śląskich. Popełniam błędy. Stylistyczne, ortograficzne i wiele innych. Wiem, że muszę się pilnować. Ale czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy straciłem orientację, co do czasu i miejsca, a ściślej mówiąc, co do motocykla, który testowałem. Przestraszyłem się, że mogę dołączyć do ligi ignorantów. Teraz bardziej się staram.

 

Prasę motoryzacyjną zacząłem czytać dawno temu. Nie będę się przyznawał, kiedy to było, bo wpędzę się w kompleksy, a młodszego czytelnika być może zniechęcę do czytania wywnętrzeń zgreda. Mogę jedynie delikatnie nadmienić, iż jadąc do liceum tramwajem, miałem możliwość czytać pierwsze numery Świata Motocykli. To były fajne gazety. Szpalty pełne merytorycznych tekstów. Konkretne opisy techniczne, porady dotyczące eksploatacji podparte uzasadnieniami z fizyki. W końcu wspaniałe, wypełnione wieloletnią praktyką artykuły Andrzeja Kwiatkowskiego.

Po latach przyszła era zmian w proporcjach. Na te czasy załapałem się już, jako autor i odbierałem wskazówki redakcji. Okazywało się, że ludzie wolą patrzeć niż czytać. Zdjęcia w gazecie miały być większe, a tekst mógł być krótszy. Nastała era Internetu. Każdy mógł zostać dziennikarzem. Wartość słowa pisanego spadła. Od tej pory pisać do sieci i prasy mógł mieszkający z mamą pryszczaty chłopak, który jedyną zapłatę odbierał w testowanych furach. Zamiast kombinować jak żyć z dziennikarstwa, poszukałem normalnej, choć niemniej ciekawej pracy w branży motoryzacyjnej.

Obecnie z dziennikarstwem jest różnie. Czasem bywa bardzo dobrze, ale coraz częściej niedbalstwo sięga szczytu.

 

Kwestię wydawania sprzętu do testów znam z obu stron. Kilka lat temu, jako osoba odpowiedzialna za marketing jednej z marek, wydawałem maszyny testowe dziennikarzom. To, co widywałem przy odbiorze było żenadą. Całkiem łysa opona po kilkuset kilometrach, puste zbiorniki paliwa, maszyny brudne do imentu. To norma.

Te zdarzenia przypomniały mi się w ubiegłym sezonie, kiedy przejmowałem motocykle od innych dziennikarzy. Taka praktyka się czasem zdarza. Żeby ułatwić pracę sobie i innym godzimy się na to, bo można otrzymać pojazd nie czekając na kolejny dzień roboczy. Nie lubię tego z jednego powodu. Wiem, że nigdy takim motocyklem nie pojadę prosto na zdjęcia. Zawsze, pierwsza będzie najbliższa stacja benzynowa, a potem myjnia. Nawet, kiedy stację widać z miejsca wymiany, a asfalt jest suchy jak pieprz. Sądzisz, że łańcuch jest nasmarowany? Skąd? Przecież smar do łańcucha trzeba kupić. Dokumenty? Dowód rejestracyjny zazwyczaj cudem się znajduje, ale już umowy użyczenia giną w niewyjaśnionych okolicznościach. W zeszłym roku dziką przyjemność sprawiło mi jeżdżenie przez kilka dni na konto poprzedniego testującego. Aż mnie korciło żeby zaliczyć videoradar.

 

Ale zostawmy tych chłopaków i zajrzyjmy do Internetu. Tu liczy się przede wszystkim zasięg. Ilość fanów na fanpage, ilość odwiedzających stronę, ilość lajków.

Czy wzrosty w tych wskaźnikach zdobywa się wysoką wartością tekstu, unikalną treścią i poziomem zdjęć? Nie, podstawy psychologii podpowiadają, że lubimy u innych to, co kręci nas samych plus to, co jest w naszym zasięgu. Cenimy treści odzwierciedlające nasze poglądy oraz wizerunki podobne do naszego. Recepta na kontent gotowa. Ponieważ większość w społeczeństwach to ludzie mało wrażliwi na styl i szeroko pojętą jakość, przaśne, popularne motocykle, odniesienia do „starych dobrych czasów” i sensacja zapewniają panowanie w statystykach.

Zatem króluje w sieci ekscytacja drogowymi wypadkami. Internetowa „gimbaza” to kocha. „Czy mogło mu się udać?” „Jak Ty byś zareagował?” – to tylko przykłady klikbajtowych tytułów pod udostępnionym filmem z kamery rejestratora.

Cele dydaktyczne? Nie sadzę. Wystarczy poczytać komentarze i zwrócić uwagę na fakt, iż większość z tych „edukacyjnych” filmów to tragedie idiotów jadących na jednym kole, 600 km na godzinę po drodze z ograniczeniem do 50. Mimo to, rozumiem kolegów. Zabieganie o lajki to przecież podstawa motoryzacyjnych odpowiedników pudelka. Lajki to zasięg, zasięg to reklamodawcy. Wiecie co? Na dnie filtra oleju mam taki zasięg.

 

Inna sprawa to fakt, że „dziennikarze” motoryzacyjni mają niewiele pojęcia o motoryzacji.  Jest oczywiście kilku o głębokiej wiedzy, ale niestety to margines potwierdzający regułę. Ci, co przeważają, komentują przykładowo miejsce pojazdu na rynku i potencjał sprzedażowy, choć sami nigdy nie kupili nowego samochodu czy motocykla. Ale najpotężniejszą bronią współczesnego „dziennikarza” jest twardy plastik w samochodzie. Gdyby nie ciągłe gadanie głupot o plastiku twardym, mniej twardym i najmniej twardym, nikt z klientów by nie zawracał na to uwagi. Od kilkudziesięciu lat przepisy wywierają w tym zakresie coraz silniejszą presję na producentów. Plastik ma być bezpieczny, wnętrze przy uderzeniu ma się rozpadać w sposób kontrolowany, a klient ma otrzymać, jakość odczuwalną na poziomie adekwatnym do ceny modelu. Koniec. Jeśli, na jakości nie zaważy wada w postaci skrzypienia czy złego spasowania wszystko zagra. Użytkownik samochodu dotykać będzie większości plastikowych elementów tylko podczas sprzątania samochodu. Podczas kilkuletniej eksploatacji pasażerowie dotykają tylko kilku miejsc we wnętrzu. Te miejsca mają spełniać ich oczekiwania. Niestety, kiedy prasowy fetyszysta plastiku wsiądzie do wozu, rozpoczyna macanko. Co gorsza niekiedy opis doznań staje się głównym wątkiem wypoconego tekstu. Ciekawe, bo prywatne samochody dziennikarzy zazwyczaj nie są we wnętrzach wyściełane gronostajem.

 

Dodatkowo ci miłośnicy „prawdziwej motoryzacji” komentują w oparciu o swoje potrzeby i stereotypy. Analiza potrzeb klienta danego segmentu rynku? To może już przerastać. Za tę indolencję powinni być gotowani w olejach. Mamy więc Audi i BMW jako premium, kiepskie francuzy, trwałe Toyoty oraz Skodę dla tłuszczy. Na koniec pojawiają się dywagacje, drogo czy tanio. Wszyscy odnoszą się do cen. Zastanawia mnie jak ktoś, kto nigdy nie kupił i nie kupi danego produktu może komentować cenę? Kalkulacja i definicja ceny to coś więcej niż porównanie tego, co w podstawowej wersji daje Fiat względem Skody. Dywagacje abstynentów na temat kupowania alkoholu.

 

Poza plastikami są też inne fetysze. Nalepki, graficzne potworki – domena redakcji motocyklowych. W dodatku niekiedy nawet tych poważnych. Nie wiedzieć czemu chłopaki nagminnie oklejają testowane motocykle tandetnie zaprojektowanymi łatkami z nazwą lub redakcyjnym logo. Jakby czytelnik miał nie wiedzieć, jaką gazetę trzyma lub jaki portal przegląda. Żadna szanowana redakcja samochodowa nie zeszpeci tak fotografowanego auta. Motocykliści jednak potrafią to zrobić. Nie ma znaczenia czy motocykl jest szpetnym chińczykiem czy gustownym modelem segmentu premium. Nalepy i to kilka muszą zabić to, nad czym styliści się tak mocno napracowali, odbierając jakość nawet najlepiej zrobionemu zdjęciu.

 

Sądzę, że przyczyna powyżej wymienionych sytuacji leży w samym zawodzie. Stawki za materiały, wypłacane przez redakcje są niskie. Znam takie, które kleciły całe magazyny z materiałów otrzymanych bezpłatnie i w barterach. To już dno totalne, ale umówmy się. Nikt mający jakiekolwiek oczekiwania czy rodzinę na utrzymaniu, na takim rynku nie będzie pisał dla pieniędzy. Pisze się dla przyjemności lub jeżdżenia. Czasem dochodzi do tego chęć dzielenia się wiedzą. Zawodowców jest coraz mniej, a już tam gdzie zaczynają się tematy niszowe robi się prawie pusto. W ostatnim czasie, w swojej świadomości dość brutalnie podzieliłem media . Zauważam redakcje szanujące jakość i profesjonalne – to mniejszość. Później są popularne, choć nienajgorsze, ale obarczone motoryzacyjnym odpowiednikiem disco polo i na końcu te z samego dna beczki. Oparte na sensacji, klikane „pudelki”.

 

Zatem quo vadis dobre medium? Pomyślę nad tym później, teraz poczytam najnowszy numer mojej ulubionej motoryzacyjnej gazety.

 

Mazurek

 

Zdjęcie: Michał Mazurek