A MOŻE BY TAK RZUCIĆ WSZYSTKO I POJECHAĆ…

…nad jezioro?

 

Ruszyliśmy, bo nie mogliśmy już wytrzymać. Zima dała się szczerze znienawidzić. Jazda w słońcu stanowiła najsilniejszy kopniak, jaki mogliśmy wymierzyć w jej okropną gębę.

 

 

Dodatkowo był to jeden z tych wyjazdów, gdzie mniej oznacza więcej. Mniej bagażu, mniej pewności, mniej komfortu. Za to o wiele więcej szczerych jak woń czosnku doznań.

Jezioro jest niedaleko Jedwabna. Z Warszawy, raptem sto osiemdziesiąt kilometrów. Ale kilometry przejechane zabytkiem smakują podwójnie.

Spakowaliśmy więc trochę narzędzi i kilka części na wszelki wypadek, wkręciłem nowe – oryginalne świece made in CCCP i zatankowałem do pełna. Rankiem wystarczyło jedno kopnięcie i już mogliśmy obrać kierunek na Legionowo.

Inni pojechali ładną, ale popularną trasą. Ja nie chciałem widzieć TIRów, śpieszących się konsumentów mainstreamu i przydrożnych reklam. Ponadto prędkość podróżna obciążonego zaprzęgu, napędzanego dolnozaworowym motorem nie imponuje nawet wśród fanów epoki PRL.

W związku z tym jak najszybciej zmieniliśmy szlak na bliższy rowerom niż samochodom.

 

 

– To Iż?

– Nie, Emka – odparłem człowiekowi, który podszedł nawiązać kontakt z przybyszami z daleka, stojącymi na rozstaju gruntowych dróg.

– Ma wsteczny bieg?

– Nie, Emka nie miała.

– A kumpel miał taką to miała, niemiecka Emka.

– Emka jest ruska – odruchowo naprowadziłem na właściwy trop.

– Emka ruska? W życiu! Emki są niemieckie. Iże były ruskie. Miał kumpel Emkę niemiecką i ona miała wsteczny bieg.

– Niemożliwe.

– No przecież mówię, że miała.

– To ja chyba nie znam tego modelu.

 

Znowu jechaliśmy wznosząc za sobą tuman kurzu.

 

 

W pewnym momencie na naszej drodze stanęła rzeka. Mając za sobą spory kawałek gruntówek nie chcieliśmy zawracać. Podjęliśmy ryzyko.

Rzeki do pokonania brodem to w dalekich od cywilizacji zakątkach normalna rzecz. Latem taka przeszkoda sięga raptem do kostek. Wczesną wiosną, zwłaszcza dla starych motocykli to większe wyzwanie.

Marek się poświęcił. Zdjął buty i wytyczył szlak. Ta rzeczka, w najgłębszym miejscu sięgała kolan. Jedno było pewne. Nie zawracamy, ale za chwilę będziemy suszyć i wylewać wodę z trzewi motocykla.

W połowie rzeki musiałem zeskoczyć i pchać. Temperatura wody wlewającej się górą do trepów nie zrobiła na mnie wrażenia. Większe wywarła ta wlewająca się do gaźników.

Na szczęście, kilka czynności ogólnotechnicznych i dwadzieścia minut później, jechaliśmy dalej.

 

 

– Marek, ale śmierdzisz Emką. Jak Ci się jechało? – zapytał mojego pilota Paweł, kiedy wjechaliśmy na kemping nad jeziorem.

– Fajnie, ciepło nie było, ale fajnie. Paliłem paierosy, skrolowałem socjale, relaks.

– Jasne, że fajnie. Mogłeś robić to samo, co w domu ale jadąc motocyklem.

 

W bagażniku wózka miałem wino. Nie, nie tanie. Z takiego wyrosłem. Z Andrzejem jadącym trasą szosową na swym GL 1100 ustawiłem się na konsumpcję czerwonych trunków i zagryzanie oliwkami. Taki nasz manifest sympatii do kultur południa.

Zagrało, napoczęliśmy cztery rodzaje. Był jeszcze wędzony węgorz, ponieważ jak się okazało nie tylko my lubimy zaczerpnąć czegoś dobrego.

 

 

Andrzej zasnął przy swej maszynie. Ja, podobnie jak Marek i jeszcze kilku z nas wybrałem klasę biznes i rozbiłem namiot. W nocy było siedem stopni, ale spaliśmy jak tłuste bobasy. W tle trzeszczał ogień i cichły rozmowy pozostałych.

Te dwa dni, po raz enty udowodniły mi, że lubię kombinacje rzeczy prostych, ale osiągalnych przy pewnym stopniu komplikacji. Mimo faktu, że nie zamykałem sezonu i nawet zimą zdarzało mi się pojeździć motocyklami, poczułem, że coś zainaugurowaliśmy. To coś to jakaś wersja otwarcia sezonu wagabundów, tułaczy, fanów szuwarów, miłośników odludzi oraz vanlifersów. Od tego wyjazdu wciąż układam trasy, kombinuję jak dotrzeć w nieznane i jakimi obejściami to zorganizować. Znowu, moją ulubioną rozrywką jest oglądanie map.

 

 

Jeżeli liczysz na pasmo przygód czy feerię psujących się podzespołów w sowieckim zaprzęgu, to muszę Cię rozczarować. Emkę przede mną miał gość znający się na rzeczy. Ja kilka spraw domknąłem i zadbałem o nią jak o większość swoich motocykli. Zatem droga powrotna miała dwa etapy. Pierwszy wiódł z kempingu na stację benzynową w Jedwabnie. Drugi, do Warszawy. Silnik zgasiłem dopiero pod domem. W związku z tym przez całą trasę mogłem knuć, gdzie pojadę tym sprzętem następnym razem.

 

Mazurek

 

Zdjęcia i film: Michał Mazurek

 

 

 

 

 

To nie był pierwszy taki wyjazd:

 

POD KAWAŁKIEM BREZENTU